I wrocilam do cywilizacji, bo San Jose to jak typowe miasto w Europie czy USA. Sa przystanki dla autobusow, eksluzywne sklepy, korki, wysokie wiezowce.... i kompletnie mi to nie odpowiada, wiec jutro jzu sie wynosze do Panamy. Znow przeskrobali panowie i ich namolnosc.
Najciekawsze jest to, iz na przystankach wszyscy stoja w kolejce i w takiej kolejnosci wchodza do autobusu i nikt sie nie przepycha. Wkurzaja mnie tylko miejscowi macho, ktorzy sa chyba gorsi niz panowie z Hondurasu - ani nie przepusci w drzwiach, ani nie pomoze przy wkladaniu bagazu do bagaznika autobusu... zaczyna mi brakowac panow naganiaczy.. po prostu wszystko jak dla mnie za bardzo zorganizowane a ja lubie chaos.
Zeszlam San Jose przez dobre pol dnia na piechote i nie znalazlam w nim nic, co by mnie zastanowilo, poruszylo. Znalazlam gallo pinto - uff dobrze, ze tu jest.
Usiadlam sobie gdzies w parku i obserwowalam ulice.. no i naprawde jest tu jak u nas - pospiech, zaganianie, w czasie lunchu wspolne wychodzenie z pracy do knajpki na cos do zjedzenia, w biurach eleganckie ubrania....
Jedyne co przydaloby sie zaadoptowac do RP - to wdziek i kobiecosc dziewczyn. U nas wiele kobiet jest bardzo zaniedbanych - nie maluja sie, byle jak ubieraja. A tu kazda pani moze zostac gwiazda dnia. Do tego bardzo kobieco sie poruszaja. Tak sobie wytlumaczylam, iz dbaja o siebie, bo skoro malo kto sie tu pobiera, to musza byc caly czas atrakcyjne, by nie zostaly zmienione na jakis mlodszy model albo zemy moc samej zmienic faceta na lepszego:-))
Po wczorajszych upalach jest mi tu zimno - w Playa del Coco nie bylo bowiem roznicy czy jestem pod prysznicem, czy wyszlam spod niego... ciagle cieklo z czlowieka, bo jest tam goraco a do tego duza wilgotnosc z racji bliskosci morza. Tu jest lepiej a nawet zimno. Dzis rano jak jechalam autobusem to widzialam dziecko 4letnie w welnianej czapce jaka sie u nas w zimie zaklada.... a ja siedzialam w bluzce na ramiaczka i bylo mi goraco! A myslam, ze w tym klimacie nie ma czapek w uzyciu :-)) JAk widac czlowiek cale zycie dowiaduje sie nowych rzeczy.
W sklepach goruje chinszczyzna.... kupilam sobie dzwoneczek z napisem Costa Rica.... a potem sie okazalo ze ma etykietke: Hecho in China, czyli zrobione w Chinach..... i wez tu czlowieku przywiez sobie dzwoneczek z danego kraju, jak pewnie wszystkie robia w Chinach tylko zmieniaja napisy....
Zwiedzilam dzis muzeum, w ktorym byla bizuteria z czasow prekolumbijskich.... i znow mnie gryzie, jak to ludzie doszli do wytapiania zlota tu, skoro nie mieli kontaktu z reszta swiata? Pewnie to robota jakichs kosmitow, ze ich tego nauczyli. Zreszta Majowie wytapiali nikiel, ktory w Europie odkryto chyba dopiero w XVIII czy XIXw a tu znajduja sie go w starych wykopaliskach jeszcze sprzed naszej ery... niesamowite to dla mnie.
Ale oprocz tego byla tam ciekawa wystawa historii pieniadza w Kostaryce. Dawniej Majowie nie uzywali pieniedzy i dzialali na zasadzie barteru - czyli wymiana czegos na cos, czasami placili tytoniem czy tez ziarnami kakao... potem przyszli Hiszpanie i wprwadzili swe reale, excelente, escudo i maravedi. Tylko ciagle za malo pieniedzy bylo na terenach kolonii, bo wszystko bylo wywozone na kontynent a tylko niektore osoby dostawaly wyplate w pieniadzu.... wiec z racji tego srodkiem platniczym do XVIIIw byly tu ziarna kakao. I wiekszosc biedniejszych osob przez cale zycie nie dotknela ani raz w zyciu zadnej monety tylko ciagle obracala ziarnami kakao.
Ale nadszedl 1821r i rozpad imperiow kolonialnych hiszpanskich na poszczegolne kraje (tak dla ciekawosci Nikaragua i Honduras przez pierwsze lata swej niepodleglosci od Hiszpanii nalezaly do Meksyku i uwazaly sie za jego czesc) i w Kostarcye wprowadzono walute reale i escudo..... tylko znow nie mogl sobie rzad poradzic z pieniedzmi - mial ich w obiegu za malo w stosunku do potrzeb wiec uznawal waluty krajow osciennych - od Meksyku do Panamy wlacznie. Ale chyba najwiekszy ewenement to pozwolenie na drukowanie pieniedzy kostarykanskich kazdemu bankwi,ktory mial kapital wiekszy niz (nie pamietam ile)... wiec byl totalny balagan z wzorami pieniedzy. Ale ukrocono to chyba w 1943r wraz ze zniesieniem talonow wydawanych przez plantacje. No bo na dodatek kazda plantacja placila swym pracownikom nie w pieniadzach tylko w tokenach / talonach i kazda miala inne. Biedny fizyczny robotnik wiec znow przez cale zycie nie dotknal pieniadza bo dostawal zaplate w tokenach, ktore byly a to metalowe, a to plastikowe nawet....
Jutro ruszam do David do Panamy. Bede chciala sobie wypoczac, bo jestem zmeczona tym ciaglym wczesnym wstawaniem - dzis o 3.25, bo autobus byl o 4.00., jutrzejszy wiec o 7.50 to mozna powiedziec, ze jak w poludnie:-))
Oby tylko Panama byla podobna do Nikaragui, bo w Kostaryce jest za porzadnie - nikt nic nie sprzedaje w autobusie, sa przystanki i nie zawsze da rade wysiadac tam gdzie sie chce. Jedyny duzy plus - bardzo malo smieci na ulicach.
Slonce prazy ale po Playa del Coco to chyba teraz zalozylabym welniany sweterek i rekawiczki.... wole nie myslec jak bede zamarzac po powrocie do RP.
piątek, 30 stycznia 2009
czwartek, 29 stycznia 2009
Kostaryka - Liberia + Playa del Coco
Umeczylam sie tym jezdzeniem i dzis zafundowalam sobie pol dnia na plazy.
Pobudka o 4.45, by zlapac jakis autobus do granicy z Kostaryka, ktory na mo intuicje powinien byc o 6 rano. Nie wiele sie pomyllam a Aniol Stroz po prostu nei zawodzi. Po pierwsze pani gospodyni miala mi zostawic klucze na stole, by jej rano nie budzic a po wyjsciu zatrzasnac drzwi ale zapomniala... wiec mialam juz opcje, ze nie wyjde, bo nei wiem, gdzie ona spi wraz z mezem. Na chybil trafil zastukalam do jednego pokoju i wyszedl z niego pan gospodarz troche zaspany.. ale jak zobacyzl moj plecak i to, ze ide z tym na dworzec autobusowy, to stwierdzil, ze nie mam szans na taxi i sie szybko ubral i mnie zawiozl samochodem. Bylismy na dworu o 5.40 a autobus odjezdzal o 5.45. Czyli jak zwykel totalnei na czas. Jechalm do rivas i sie zastaawialam jak z przesiadka do Pena Blancas, gdzie jest granica..... a tu w pewnym momencie pan bileter krzyczy ze przesiadka do autobusu do Pena Blancas jak ktos chce, bo autobus wlasnie czeka.. to doslownie dzialos ie na srodku ulicy w szczerym polu - po prostu chyba sie dwie firmy umowily, by sobie wzajemnie pasazerow przerzucac. No itym sposobem o 9.00 bylam jzu na granicy. A ze bagaz mi sie powiekszyl strasznie i oprocz 2 plecakow mam jeszcze jedna torbe i sie zastanawialam, jak sobei poradze, bo tu trzeba z 1km isc na piechote..... Ale nagle pojawil sie chlopak - myslalam, ze miejscowy, bo tak wygladal.... a to sie okzalo, ze jest z Izraela i jak przystalo na faceta pomogl mi niesc te moje pakunki a ja za to odwdzieczylam mu sie tym, ze pomoglam na granicy, bo on nie znal hiszpanskiego.
O 10tej z granicy byl autobus do miejscowosci Liberia, gdzie sobei zrobilam over stop na 2h a potem pojechalam do Playa del Coco, by sie odprezyc. Ale z tym to ciezko, bo znow panowie namolni jak w Hondurasie a jak sie okazuje, ze mowie po hiszpansku to umarl w butach. Musze przyjac wiec taktyke udawania, zi nie znam hiszpanskiego.
Ale pewne plusy tego sa, bo sie cokolwiek dowiedzialam o Kostaryce. W skrocie wiec:
- wiekoszosc zyje tu osob bez slubu i czesto zmieniaja sobie partnerow - po prostu taki kogiel mogile chyba jak w serialu Dynastia
- kazdy narzeka, iz wszystko drogie - potwierdzam, tu jest 3 razy drozej niz w Nikaragui
- srednia pensja ro okolo 300 USD ale co z tego keidy dom kosztuje ok 10tys USD taki najmarniejszy
- nadal mozna tu zjesc gallo pinto.
Co do skladu spoleczenstwa, to jest coraz wiecej osob bialych z mala domieszka indianska, ludnosc czarna jest sporadyczna. Przy tym jak sie opalilam to od Granady moge uchodzic jzu za miejscowa tylkoz dradza mnie plecak i troche ueropejskei ubranie... no mzoe gdyby, wziela wiecej ubran w postaci bluzek z deokldami to byloby mi sie latwiej wtopic w ludnosc miejscowa.
Rzecz najgorsza - zaczely sie komary!!
Jutro o 4 rano ruszam do stolicy Kostaryki - San Jose.
Pobudka o 4.45, by zlapac jakis autobus do granicy z Kostaryka, ktory na mo intuicje powinien byc o 6 rano. Nie wiele sie pomyllam a Aniol Stroz po prostu nei zawodzi. Po pierwsze pani gospodyni miala mi zostawic klucze na stole, by jej rano nie budzic a po wyjsciu zatrzasnac drzwi ale zapomniala... wiec mialam juz opcje, ze nie wyjde, bo nei wiem, gdzie ona spi wraz z mezem. Na chybil trafil zastukalam do jednego pokoju i wyszedl z niego pan gospodarz troche zaspany.. ale jak zobacyzl moj plecak i to, ze ide z tym na dworzec autobusowy, to stwierdzil, ze nie mam szans na taxi i sie szybko ubral i mnie zawiozl samochodem. Bylismy na dworu o 5.40 a autobus odjezdzal o 5.45. Czyli jak zwykel totalnei na czas. Jechalm do rivas i sie zastaawialam jak z przesiadka do Pena Blancas, gdzie jest granica..... a tu w pewnym momencie pan bileter krzyczy ze przesiadka do autobusu do Pena Blancas jak ktos chce, bo autobus wlasnie czeka.. to doslownie dzialos ie na srodku ulicy w szczerym polu - po prostu chyba sie dwie firmy umowily, by sobie wzajemnie pasazerow przerzucac. No itym sposobem o 9.00 bylam jzu na granicy. A ze bagaz mi sie powiekszyl strasznie i oprocz 2 plecakow mam jeszcze jedna torbe i sie zastanawialam, jak sobei poradze, bo tu trzeba z 1km isc na piechote..... Ale nagle pojawil sie chlopak - myslalam, ze miejscowy, bo tak wygladal.... a to sie okzalo, ze jest z Izraela i jak przystalo na faceta pomogl mi niesc te moje pakunki a ja za to odwdzieczylam mu sie tym, ze pomoglam na granicy, bo on nie znal hiszpanskiego.
O 10tej z granicy byl autobus do miejscowosci Liberia, gdzie sobei zrobilam over stop na 2h a potem pojechalam do Playa del Coco, by sie odprezyc. Ale z tym to ciezko, bo znow panowie namolni jak w Hondurasie a jak sie okazuje, ze mowie po hiszpansku to umarl w butach. Musze przyjac wiec taktyke udawania, zi nie znam hiszpanskiego.
Ale pewne plusy tego sa, bo sie cokolwiek dowiedzialam o Kostaryce. W skrocie wiec:
- wiekoszosc zyje tu osob bez slubu i czesto zmieniaja sobie partnerow - po prostu taki kogiel mogile chyba jak w serialu Dynastia
- kazdy narzeka, iz wszystko drogie - potwierdzam, tu jest 3 razy drozej niz w Nikaragui
- srednia pensja ro okolo 300 USD ale co z tego keidy dom kosztuje ok 10tys USD taki najmarniejszy
- nadal mozna tu zjesc gallo pinto.
Co do skladu spoleczenstwa, to jest coraz wiecej osob bialych z mala domieszka indianska, ludnosc czarna jest sporadyczna. Przy tym jak sie opalilam to od Granady moge uchodzic jzu za miejscowa tylkoz dradza mnie plecak i troche ueropejskei ubranie... no mzoe gdyby, wziela wiecej ubran w postaci bluzek z deokldami to byloby mi sie latwiej wtopic w ludnosc miejscowa.
Rzecz najgorsza - zaczely sie komary!!
Jutro o 4 rano ruszam do stolicy Kostaryki - San Jose.
środa, 28 stycznia 2009
Nikaragua - Granada + Masaya
Jestem wlasnie w Granadzie a jutro juz pomykam do Kostaryki.
Granade zwiedzalam rowerem, jaki sobie wpozyczylam na pol dnia i to byl moj najlepszy pomysl jak do tej pory. Mieszkam w prywatnym domu, przy rodzinie.
Takie domy sa bardzo ciekawe - sa dlugie a waskie. Pierwsze powmieszczenie to z reguly living room, gdzie siedzi osbie cala rodzina i obserwuje, co dzieje sie na ulicy. Wszyscy koniecznie w bujanych fotelach.
W pokojach nie ma raczej okien tylko sa takie zodobne kratki pod sufitem i zamiast okna, by wpadalo swiatlo. Zreszta spac jest okropnie - po prostu cegly / kamienie nagrzewaja sie w dzien i w nocy oddaja nadal cieplo - po porstu jak w wedzerca. Slonce strasznie piecze i dla mnie szczerze mwoiac to ciagle jest tak samo czy dzien czy noc - goraco. Najlpesze jest to, ze jak poszlam na internet i wrocilam po 1,5h to moja herbata nadal byla goraca - po prostu nie wystygla, bo jest tak cieplo.
Pokoje znajduja sie w rzedzie jeden za drugim a drzwi wychodza na patio. I w takim domu jest ze 3 patio, gdzie mzona sobie siedziec. Smieszne jest to, ze wszystkei TV,komputery, czy wieze sa zakrywane folia, by sie nie kurzyly a to dlatego ze w pomieszczeniach typu living room nie ma drzwi i wychodzi jedna ich sciana na patio. I tak jest we wiekszosci domow do jakich pzowolilam sobie zajrzec jak ganalam ulicami.
Granada chyba jest najpiekniejszym miastem jakie do tej pory widzialam i przez to kupa tu turystow i ceny okropnie wysokie - wiec jesli robic zakupy to lepiej przejechac sie 1h i zrobic to w Masaya, gdzie wszczystko jest o polowe tansze.
Rower byl rzecz genialna - wytargowalam 5 USD za 7h za wypozyczenie. JEdyny minus jak sie potem okazalo to brak hamulcow ale nikogo nie zabialam. Udalo mi sie wejsc tez n najwyzsza wieze w miescie i zrobic piekne zdjecia o zahcodzie slonca.
Ludzie sa przemili - moi panstwo gospodarze rowniez i ciagle sie mnie pytali czy czegos nie potrzebuje - np cos do jedzenia itp...
No i jeszcze kilka slow o cmentarzach, bo mnie bardzo zastanowily a wszedzie w Ameryce Srdkowej sa takie same.
W Belize City naprzyklad przez srodek cmentarza biegna dwie glowne ulice i ruch non stop - wiec jak jest pogrzeb to chyba musi byc objazd.
Pomniki sa tu calkiem inne niz u nas - po prostu nie ma tego przepychu jak u nas, ktory mnei wkurza. Zazwyczaj jest to betonowy krzyz a obok mala obwodka gdzie jest meijsce na to by rosly kwiatki. Inne opcja to wszystko zalane betonem. No i calosc jest pomalowana w pieknych jaksrawych kolorach - biale, kremowe, rozowe, seledynowe, niebieskie. Po prostu takie jak ludzie tu mieszkajacy - kolorowe. I zazwyczja sa to groby rodzinne.
Na tych starych cemntarzach mzona znalezc takie sredniowieczne stare zabytkowe groby rodzinne, ktore najczesciej sa biale.
Nikaragua bardzo mi sie podobala i obecnie jest na pierwszym miejscu wraz z Gwatemala. Chcialabym tu kiedys wrocic i nie mialbym nic przeciwko by zajac sie prowadzeniem jakiejs finca - najlepiej tej produkujacej cacao, ze wzgkedu na me upodobanie do czekolady :-)))
POST SCRIPTUM
Chcialam tez poprawic pisownie sloa REGETON na REGGEATON bo tak sie je poprawnie pisze.
Granade zwiedzalam rowerem, jaki sobie wpozyczylam na pol dnia i to byl moj najlepszy pomysl jak do tej pory. Mieszkam w prywatnym domu, przy rodzinie.
Takie domy sa bardzo ciekawe - sa dlugie a waskie. Pierwsze powmieszczenie to z reguly living room, gdzie siedzi osbie cala rodzina i obserwuje, co dzieje sie na ulicy. Wszyscy koniecznie w bujanych fotelach.
W pokojach nie ma raczej okien tylko sa takie zodobne kratki pod sufitem i zamiast okna, by wpadalo swiatlo. Zreszta spac jest okropnie - po prostu cegly / kamienie nagrzewaja sie w dzien i w nocy oddaja nadal cieplo - po porstu jak w wedzerca. Slonce strasznie piecze i dla mnie szczerze mwoiac to ciagle jest tak samo czy dzien czy noc - goraco. Najlpesze jest to, ze jak poszlam na internet i wrocilam po 1,5h to moja herbata nadal byla goraca - po prostu nie wystygla, bo jest tak cieplo.
Pokoje znajduja sie w rzedzie jeden za drugim a drzwi wychodza na patio. I w takim domu jest ze 3 patio, gdzie mzona sobie siedziec. Smieszne jest to, ze wszystkei TV,komputery, czy wieze sa zakrywane folia, by sie nie kurzyly a to dlatego ze w pomieszczeniach typu living room nie ma drzwi i wychodzi jedna ich sciana na patio. I tak jest we wiekszosci domow do jakich pzowolilam sobie zajrzec jak ganalam ulicami.
Granada chyba jest najpiekniejszym miastem jakie do tej pory widzialam i przez to kupa tu turystow i ceny okropnie wysokie - wiec jesli robic zakupy to lepiej przejechac sie 1h i zrobic to w Masaya, gdzie wszczystko jest o polowe tansze.
Rower byl rzecz genialna - wytargowalam 5 USD za 7h za wypozyczenie. JEdyny minus jak sie potem okazalo to brak hamulcow ale nikogo nie zabialam. Udalo mi sie wejsc tez n najwyzsza wieze w miescie i zrobic piekne zdjecia o zahcodzie slonca.
Ludzie sa przemili - moi panstwo gospodarze rowniez i ciagle sie mnie pytali czy czegos nie potrzebuje - np cos do jedzenia itp...
No i jeszcze kilka slow o cmentarzach, bo mnie bardzo zastanowily a wszedzie w Ameryce Srdkowej sa takie same.
W Belize City naprzyklad przez srodek cmentarza biegna dwie glowne ulice i ruch non stop - wiec jak jest pogrzeb to chyba musi byc objazd.
Pomniki sa tu calkiem inne niz u nas - po prostu nie ma tego przepychu jak u nas, ktory mnei wkurza. Zazwyczaj jest to betonowy krzyz a obok mala obwodka gdzie jest meijsce na to by rosly kwiatki. Inne opcja to wszystko zalane betonem. No i calosc jest pomalowana w pieknych jaksrawych kolorach - biale, kremowe, rozowe, seledynowe, niebieskie. Po prostu takie jak ludzie tu mieszkajacy - kolorowe. I zazwyczja sa to groby rodzinne.
Na tych starych cemntarzach mzona znalezc takie sredniowieczne stare zabytkowe groby rodzinne, ktore najczesciej sa biale.
Nikaragua bardzo mi sie podobala i obecnie jest na pierwszym miejscu wraz z Gwatemala. Chcialabym tu kiedys wrocic i nie mialbym nic przeciwko by zajac sie prowadzeniem jakiejs finca - najlepiej tej produkujacej cacao, ze wzgkedu na me upodobanie do czekolady :-)))
POST SCRIPTUM
Chcialam tez poprawic pisownie sloa REGETON na REGGEATON bo tak sie je poprawnie pisze.
Nikaragua - Leon + Managua
Wczoraj zrobial trase z Matagalpy do Managui z over stopem w Leon, ktore bylo za czasow hiszpanskich tutejsza stolica. Miasto ma naprawde piekne koscioly a glowa katedra zaparla mi dech w piersiach swym przepychem. Ale z drugiej strony jest tu bardzo biednie, bo sa..... taksowki konne. Duzo domow w bardzo zlym stanie.
Zostawilam sobie bagaze w jednym barku na dworcu autobusowym i poszlam na piechote do centrum. Najbardziej rozbawila mnie wizyta na poczcie, gdzie czesc personelu pracuje na stolach ustawionych pod drzewami...... ale za to mozna skorzystac z toalety, co tez zrobilam a w Eurpie nie slyszalm, by to bylo mozliwe.
Nie wiem, czemu wszyscy biora mnie za Amerykanke, jak mowie, ze nie jestem z tego kraju, to potem mowia, ze z Hiszpanii a ktos sie nawet spytal, czy nie jestem miejscowa. Najwyrazniej moja opalenizna jzu jest wyrowanana do miejscowej :-))
Na obiad oczywiscie gallos pinots od panz barku, gdzie zostawilam plecak. Ale przynajmniej wytlumaczyly mi jak ugotowac ryz z faolka, wiec jak worce do RP to sobie to ugotuje... tylko czy u nas jest fasola w kolorze czerwonym?? Moze powinnam zakupic miejscowa
Potem pognalam do Managui, gdzie naprawde nie manic ciekawego i zaluje, ze nie zdecydowalam sie, by od razy pognac do Granady. Ale wtedy nei spotkalabym pana Hiszpana z Barcelony, ktory ozenil sie z Nikaraguanka i teraz tu mieszka. Bylam dumna sama z siebie, kiedy po 2 zdaniach siemnie spytal, czy nie jestem z Hiszpanii, bo mam akcent kastylijski. Ostatecznei w jego knajpie spedzilam dobre 4h na gadaniu i picu herbaty - pierwsze miejsce od Salwadoru, gdzie ktos mial herbate na goraco do picia!
Pan Hiszpan byl dla mnie kopalnia wiedzy o Nikaragui i tak:
- kwitnie tu prostytucja dzieci- za przyzwoleniem rodzicow
- dla ludzi najwazniejsza jest dobra lodowka, telewizor i radio - a co sie w domu wiecej dzieje, czy sie wali, czy cos cieknie nie ma znaczenia
- domy sa tu tansze niz samochod, bo dobry dom mozna kupic za 1tys USD, podczas gdy samochod kosztuje 8 - 10 tys USD... chociaz uzwany moze byc za jakies 3tys USD
- kupno domu na kredyt ciezkie, bo sa okropnie wysokie raty
- rozwialy sie tez me watpilwosci co do krow i swin - ponoc Majowie je mieli, tylko troche inaczej wygladaly niz nasze - ale musze sie upewnic, bo tak twierdzila zona pana Hiszpana
- juz wiem dlaczego tyle dzieciakow na ulicach - chwilowa jest przerwa w nauce w szkole
- melony je sie tu z sola - probowalam naprawde pyszne i bede to wprowadzac w RP w zycie!
A potem wpadl pan szalony malarz, znajomy pana Hiszpana i wywiazala sie dyskusja o sztuce.... No a najwazniejsze, ze po hiszpansku!
A na dobraonc jak zwykle dawka tutejszej muzyki na kanale TeleHit!
Zostawilam sobie bagaze w jednym barku na dworcu autobusowym i poszlam na piechote do centrum. Najbardziej rozbawila mnie wizyta na poczcie, gdzie czesc personelu pracuje na stolach ustawionych pod drzewami...... ale za to mozna skorzystac z toalety, co tez zrobilam a w Eurpie nie slyszalm, by to bylo mozliwe.
Nie wiem, czemu wszyscy biora mnie za Amerykanke, jak mowie, ze nie jestem z tego kraju, to potem mowia, ze z Hiszpanii a ktos sie nawet spytal, czy nie jestem miejscowa. Najwyrazniej moja opalenizna jzu jest wyrowanana do miejscowej :-))
Na obiad oczywiscie gallos pinots od panz barku, gdzie zostawilam plecak. Ale przynajmniej wytlumaczyly mi jak ugotowac ryz z faolka, wiec jak worce do RP to sobie to ugotuje... tylko czy u nas jest fasola w kolorze czerwonym?? Moze powinnam zakupic miejscowa
Potem pognalam do Managui, gdzie naprawde nie manic ciekawego i zaluje, ze nie zdecydowalam sie, by od razy pognac do Granady. Ale wtedy nei spotkalabym pana Hiszpana z Barcelony, ktory ozenil sie z Nikaraguanka i teraz tu mieszka. Bylam dumna sama z siebie, kiedy po 2 zdaniach siemnie spytal, czy nie jestem z Hiszpanii, bo mam akcent kastylijski. Ostatecznei w jego knajpie spedzilam dobre 4h na gadaniu i picu herbaty - pierwsze miejsce od Salwadoru, gdzie ktos mial herbate na goraco do picia!
Pan Hiszpan byl dla mnie kopalnia wiedzy o Nikaragui i tak:
- kwitnie tu prostytucja dzieci- za przyzwoleniem rodzicow
- dla ludzi najwazniejsza jest dobra lodowka, telewizor i radio - a co sie w domu wiecej dzieje, czy sie wali, czy cos cieknie nie ma znaczenia
- domy sa tu tansze niz samochod, bo dobry dom mozna kupic za 1tys USD, podczas gdy samochod kosztuje 8 - 10 tys USD... chociaz uzwany moze byc za jakies 3tys USD
- kupno domu na kredyt ciezkie, bo sa okropnie wysokie raty
- rozwialy sie tez me watpilwosci co do krow i swin - ponoc Majowie je mieli, tylko troche inaczej wygladaly niz nasze - ale musze sie upewnic, bo tak twierdzila zona pana Hiszpana
- juz wiem dlaczego tyle dzieciakow na ulicach - chwilowa jest przerwa w nauce w szkole
- melony je sie tu z sola - probowalam naprawde pyszne i bede to wprowadzac w RP w zycie!
A potem wpadl pan szalony malarz, znajomy pana Hiszpana i wywiazala sie dyskusja o sztuce.... No a najwazniejsze, ze po hiszpansku!
A na dobraonc jak zwykle dawka tutejszej muzyki na kanale TeleHit!
Nikaragua - Matagalpa
A wiec 2 dni temu bylam w Matagalpie, by zobaczyc Muzeum Kawy i finca - czylipoprostu taka ogromna plantacje kawy, ktora sie wlasnie tak tu nazywa.
Przez to, ze komunikacja jest jak zwykel od rana to doMatagalpy dotarlam po 14tej. Oczywiscie muzeum zwiedzilam.. tylko tu wszystko lezy w pokladach kurzu a zdjecia sa zafoliowane w folie do zywnosci chyba.... ale tak tu po prostu wyglada muzeum. Koniecznie zalezalo mi na zobaczeniu planatcji kawy, wiec sie w muzeum dopytalam, jak tam dotrzc. Sam pan dyrektor sie mna zajal i zadzwonil do swego znajomego taksowkarza, by mnie tam zawiozl. Naprawde warto bylo. Bylam w plantacji Serva Negra, ktoram a 500ha powierzchni i na stale pracuje wniej 250 osob! Taka plantacje mozna porownac do dawnych naszych ordynacji - bo jest samowystarczalna - ma wlasny osrodek zdrowia, szkole dla dzieci (bo tych 250 pracownikow na stale tu mieszka z rodzinami), jest wlasny generator pradu i woda jest z deszczowki, ktora jest potem oczyszczana we wlasnej oczyszczalni.
Zreszta taka oczyszczalnia prosta rzecz, bo czyszcza wode kamienie z wulkanow - po prostu czyszta woda wyplywa ponad nie, zas brudy zostaja na dole, bo nie przechodza przez te lawowe kamienie. Do gotowania zas uzywany jest biogaz wlasnej produkcji - z odpadow z produkcji kawy..... Pracownicy srednio zarabiaja 100USD na miesiac ale maja za daro szkole, prad, wode, i mieszkanie wiec to jest nawet bardzo dobrze, bo sredni zarabia sie tu max 200USD.
Zbieranie kawy zas odbywa si eprzez 3m iesiace - od konca pazdziernika do poczatku lutego. I sprawapolega na tym, ze z tego samego drzwa trzeba kilak razy zrywac owoce kawy, bo mozna tylko te, ktore sa czerwone. Jest to wiec pracochlonne i w okresie zbiorow w Serva Negra pracuje 1tys osob!!!
Widzialam tez po koleji jak zdejmuje sie skorki z kawy, potem kawe sie sortuje, i suszy az sa biale ziarnka, ktore dopiero saprazone w kraju, gdzie jedzie taka kawa.
NA tej finca sa nawet swinei, krowy, kury, koguty itd.... po prostu mozn apowiedziec idealny kochloz, ktory dobrze pracuej ale chyab dlatego, ze to wlasnosc prywatna i ejst dobrze zarzadzana. Nalezy do potomkow dawnych niemieckich emigrantow.
Musze powiedziec, ze chyba jestem w czepku urodzona albo mam neizawodnego Aniola Stroza, bo przyjechalam do tej finca o 17tej a ostania wycieczka jest o 16tej... ale udalo mi sie wyblagac o wycieczke osobista... jak widac znajomosc jezyka czyni cuda. Zreszta chlopak, ktory mnie oprowadzal stwierdzil, ze mi dobrze idzie z hiszpanskim. Sama widze, ze zrobilam duze postepy i mowie juz plynnie, be z dlugiego zastanwiania sie.... chociaz moze to wynika z tego, ze ciagle wszyskim opowiadam, gdzie bylam i co widzialam... a ze spotykam wiele osob, wiec to sama historie mowie juz ktorys raz :-)))
Najgorsze jest tylko to, ze pracuja tam i dzieci a nie powinny.... ale z drugiej strony tu na wsiach sa domy po prostu zbite z kilku desek i jak tu leje przez 6 miesiecy w roku (no bo tu sa tylko 2 pory roku - lato, gdy nie pada, i zima, gdy pada a kazda pora roku ma 6 miesiecy), to im wszedzie ze wszystkich scian i sufitu leci.... wiec dobrze, ze dzieci robia cokolwiek.
Matagalpa bardzo mi sie podobala i dochodze do wisoku, ze jak na razie w Nikaragui mi sie najbardziej podoba i moglabym tu mieszkac. Ludzie sa przemili i bardzo pomocni - nie to, co przeklety Honduras. Tutaj jak kobieta wychodzi z autobusu to pan bileter podaje jej reke, i jak wsiada czy wysiada zawsze podaje bagaze.
Na razie widze same plusy oprocz tych 6 miesiecy, gdy pada....
Poza tym staram sie jesc tutjesza potrawe - gallos pintos - czyli ryz gotowany z czerwona fasolka razem, do tego kawalek sera bialego, troche surowki oraz jajecznica smazona z ziemniakami, cebula i pomidorem. Po prostu stalam sie fanka tego. NAjlepsze jednak sa na straganach na tutejszych rynkach, bo w restauracje sa przeciez robioen pdo katem bialych turystow i nie ma to tego smaku.
No i wpadlam w nalog sokow wyciskanych ze swiezych pomaranczy... no i tez juz wiem, czemu nie ma tu tabliczek w czekoladzie... po prostu jest tu tak cieplo, ze wszytko by sie rozpuscilo... wiec sie racze czekoalda na goraco tylko nie moge z mlekiem, bo cos nie sluzy ono memu zaladkowi i zle sie po nim czuje.
Przez to, ze komunikacja jest jak zwykel od rana to doMatagalpy dotarlam po 14tej. Oczywiscie muzeum zwiedzilam.. tylko tu wszystko lezy w pokladach kurzu a zdjecia sa zafoliowane w folie do zywnosci chyba.... ale tak tu po prostu wyglada muzeum. Koniecznie zalezalo mi na zobaczeniu planatcji kawy, wiec sie w muzeum dopytalam, jak tam dotrzc. Sam pan dyrektor sie mna zajal i zadzwonil do swego znajomego taksowkarza, by mnie tam zawiozl. Naprawde warto bylo. Bylam w plantacji Serva Negra, ktoram a 500ha powierzchni i na stale pracuje wniej 250 osob! Taka plantacje mozna porownac do dawnych naszych ordynacji - bo jest samowystarczalna - ma wlasny osrodek zdrowia, szkole dla dzieci (bo tych 250 pracownikow na stale tu mieszka z rodzinami), jest wlasny generator pradu i woda jest z deszczowki, ktora jest potem oczyszczana we wlasnej oczyszczalni.
Zreszta taka oczyszczalnia prosta rzecz, bo czyszcza wode kamienie z wulkanow - po prostu czyszta woda wyplywa ponad nie, zas brudy zostaja na dole, bo nie przechodza przez te lawowe kamienie. Do gotowania zas uzywany jest biogaz wlasnej produkcji - z odpadow z produkcji kawy..... Pracownicy srednio zarabiaja 100USD na miesiac ale maja za daro szkole, prad, wode, i mieszkanie wiec to jest nawet bardzo dobrze, bo sredni zarabia sie tu max 200USD.
Zbieranie kawy zas odbywa si eprzez 3m iesiace - od konca pazdziernika do poczatku lutego. I sprawapolega na tym, ze z tego samego drzwa trzeba kilak razy zrywac owoce kawy, bo mozna tylko te, ktore sa czerwone. Jest to wiec pracochlonne i w okresie zbiorow w Serva Negra pracuje 1tys osob!!!
Widzialam tez po koleji jak zdejmuje sie skorki z kawy, potem kawe sie sortuje, i suszy az sa biale ziarnka, ktore dopiero saprazone w kraju, gdzie jedzie taka kawa.
NA tej finca sa nawet swinei, krowy, kury, koguty itd.... po prostu mozn apowiedziec idealny kochloz, ktory dobrze pracuej ale chyab dlatego, ze to wlasnosc prywatna i ejst dobrze zarzadzana. Nalezy do potomkow dawnych niemieckich emigrantow.
Musze powiedziec, ze chyba jestem w czepku urodzona albo mam neizawodnego Aniola Stroza, bo przyjechalam do tej finca o 17tej a ostania wycieczka jest o 16tej... ale udalo mi sie wyblagac o wycieczke osobista... jak widac znajomosc jezyka czyni cuda. Zreszta chlopak, ktory mnie oprowadzal stwierdzil, ze mi dobrze idzie z hiszpanskim. Sama widze, ze zrobilam duze postepy i mowie juz plynnie, be z dlugiego zastanwiania sie.... chociaz moze to wynika z tego, ze ciagle wszyskim opowiadam, gdzie bylam i co widzialam... a ze spotykam wiele osob, wiec to sama historie mowie juz ktorys raz :-)))
Najgorsze jest tylko to, ze pracuja tam i dzieci a nie powinny.... ale z drugiej strony tu na wsiach sa domy po prostu zbite z kilku desek i jak tu leje przez 6 miesiecy w roku (no bo tu sa tylko 2 pory roku - lato, gdy nie pada, i zima, gdy pada a kazda pora roku ma 6 miesiecy), to im wszedzie ze wszystkich scian i sufitu leci.... wiec dobrze, ze dzieci robia cokolwiek.
Matagalpa bardzo mi sie podobala i dochodze do wisoku, ze jak na razie w Nikaragui mi sie najbardziej podoba i moglabym tu mieszkac. Ludzie sa przemili i bardzo pomocni - nie to, co przeklety Honduras. Tutaj jak kobieta wychodzi z autobusu to pan bileter podaje jej reke, i jak wsiada czy wysiada zawsze podaje bagaze.
Na razie widze same plusy oprocz tych 6 miesiecy, gdy pada....
Poza tym staram sie jesc tutjesza potrawe - gallos pintos - czyli ryz gotowany z czerwona fasolka razem, do tego kawalek sera bialego, troche surowki oraz jajecznica smazona z ziemniakami, cebula i pomidorem. Po prostu stalam sie fanka tego. NAjlepsze jednak sa na straganach na tutejszych rynkach, bo w restauracje sa przeciez robioen pdo katem bialych turystow i nie ma to tego smaku.
No i wpadlam w nalog sokow wyciskanych ze swiezych pomaranczy... no i tez juz wiem, czemu nie ma tu tabliczek w czekoladzie... po prostu jest tu tak cieplo, ze wszytko by sie rozpuscilo... wiec sie racze czekoalda na goraco tylko nie moge z mlekiem, bo cos nie sluzy ono memu zaladkowi i zle sie po nim czuje.
wtorek, 27 stycznia 2009
Nikaragua
Uzupelnie jak tylko znow sie dosiade do kompa, bo odwiedzilam muzeum kawy oraz 500hektarowa plantacje kawy, gdzie moglam sobie wszedzie wejsc i wszystko dotknac... i musze powiedziec, ze produkcja kawy to bardzo skomplikowany prosces a z drugiej storny nic sie w nim nie marunje... ale to pozniej...
Teraz juz jestem po Leon w Managua. Jutro ruszam do Granady... a co dalej jeszcze nie wiem - pewnei tylko, ze Kostaryka.
Slonce piecze i im bardziej w dol tym jescze wieksze cieplo - az boje sie powrotu do RP, bo bede zamarzac albo bede musiala chodzic z plecakiem, gdzie bedzie jakis grzejnik :-))
Teraz juz jestem po Leon w Managua. Jutro ruszam do Granady... a co dalej jeszcze nie wiem - pewnei tylko, ze Kostaryka.
Slonce piecze i im bardziej w dol tym jescze wieksze cieplo - az boje sie powrotu do RP, bo bede zamarzac albo bede musiala chodzic z plecakiem, gdzie bedzie jakis grzejnik :-))
Honduras - Tegucigalpa
Obecnie siedze juz w Nikaragui, dlatego iz czym predzej chcialam opuscic Honduras - kompletnie ten kraj mi sie nie podobal. Mialam dosyc namolnych miejscowych panow. Mialam popsuty prysznic w La Ceiba i poprosilam pana z recepcji o wyjasnienie czemu nie dziala i znow nie chcial wyjsc z mojego pokoju i sie dopytywal kiedy ide spac. No coz Ania Sedzinska ma chyba racje mowiac na jednymz naszych babskich spotkan, ze uroda i madrosc sumuja sie to stalej wartosci u wszystkich tylko roznie sie rozkladaja u kazdego. Tak wiec ten, kto jest piekny z reguly ma niski poziom IQ.. co po Hondurasie potwierdzam. Jedyny mily pan to w hotelu w Le Ceiba na porannej zmianie, bo byl Argentynczykiem a mial zone z Hondurasu i dlatego teraz tu jest.
Osobiscie jestem zafascynowana, tym, co mozna zrobic z opon. Tu sie nic nie maruje w tej czesci swiata i tak stare opony moga sluzyc do zrobienia:
- choiniki - zaczyna sie od najwiekszej a pozniej ida coraz mniejsze opony i maluje sie to na zielono i dodaje jakies kolka, kwiatki itp
- poidlo dla bydla - wystarczy przeciac opone na pol w miejscu gdzie jest bieznik, i powstaja dwa polkola do ktorych mozna nalewac wode, by bydlo moglo pic
- podeszwy do butow - niektore recznie robione buty maja podeszwy wlasnie ze starych opon.
Zrobilam sie fanka stacji TeleHitu, gdzie non stop leca teledyski. Zachorowalam na jednego wykonawce - nazywa sie Christian is piewa przepiekna piosenke pt Azul, czyli niebieski. Nigdzie nei mgoe tego kupic na nielegalnych straganach z plytami, bo to chyba wykonawca z Meksyku.
Powoli odkrywam tez tutjesze rytmy, ktore mnie urzekaja. Stad pochodzi marenque - glownie Dominikana, Porto Rico ale i tu tez. Od marenque wywodzi sie bachiata (czyrtac bacziata), to po rpostu takei szybsze marenque. Oprocz tego kroluje cumbia (czyli kumbia). Ten typ to przemieszanie muzyki latynoskiej (czyli bachiaty, marenque) z rytmami afrykanskimi. Popularne glownie na wschodnich wybrzezach wszystkich panstw Ameryki Lancinskiej, bo tu wiekszosc ludnosci jest czarna. Te rytmy, to nie jest nic na miare naszych ludowych przyspiewek - to sie tu slucha, ciagle nagrywa i robia to rowneiz bardzo mlodzi wykonawcy. Slucha sie tez tu rapu oraz regge - ale glownei ludnosc czarna to lubi.
Moim odkryciem tutejszym jest styl co sie nazywa regeton - i niech tu nikt nie mysli ze to ma zwiazek z regge, jakby swiadczyly pierwsze litery. To jest mix rapu z marenque i bachiata. I musze powiedziec, ze mimo iz to jest rap to w polaczeniu z tutejszymi rytmami jest swietne. Oczywiscie wykonawcy sa mlodzi i ubrani w stylu rapu ale te rytmy sa inne niz te rap jaki my znamy, bo ma dodatki nut lokalnych rytmow.
Poza tymw tym modne sa talk show, gdzie panowie rpzebieraja sie za panie i parodiuja je poruszajac domowe sprawy. JEst ocpja takiej grubej mamuski w jednym programie, a konkurencyjny show to zgrabna blondynka, ze w pierwszej chwili myslalam, ze to naprawde kobieta... no tylko ten glos nei taki jak trzeba.
No i leci tu teraz reality show z Miriam!
Po tym, co zobaczylam w Hondurasie nie wiem, czy ktos mnie namowi na wizyte w tym kraju jeszcze raz. Ciagle ktos probuje na cos naciagnac, cos wmoiwc i jak widza samotna biala kobiete to nei moga sobie meijscowi panowie odebrac przyjemnosci uwiedzenia jej. Doszlo do tego, ze wolalam hotel niz wyjscie na ulice. Aczkolwiek mialam z kim tam pogadac spotkalam 60letniego Wlocha o imieniu Sergio, ktory od pazdziernika do kwietnia sobie jezdzi po swiecie. Rozmowa nasza musiala byc smieszna, bo on mowil sobie po wlosku a ja do niego po hiszpansku, gdyz rozumiem wloski a wyslowic mi sie w nim tylko trudno a on znal hiszpanski. Zreszta byl bardzo smieszny - chcial mnie nauczyc daialektu z Werony, bo jest z tego miasta i jak sie okazalo byl ostatnim 12nastym (nie nie pomylilam sie dwunastym!) dzieckiem swych rodzicow. Wypytalam go przy okazji o wszystko, bo on jechal od Kolumbii do Meksyku. No i byl jeszcze jeden ciekawy ewenement w hotelu w Tegucigalpie - Kanadyjczyk, ktory jedzie od Panama City do Mexico City.... rowerem. Zaczal w listopadzie a konczy w maju - jedzie oczywiscie sam. No i coz moja podroz wobec jego wyczynu to pestka!
Podczas rozmowym z Sergio wyszlo nam wiele ciekawych rzeczy co do historii. On zauwazyl, ze wszystkie posagi Majow plci meskiej maja brody a przeciez 100% Indianie plsci meskiej nie posaidali zarostu - ani brody, ani pod pachami ani w zadnym innym miejscu! - wiem z ksiazek a nie z autopsji i potwierdzil mi to ustnie potomek Indian, gdy kiedys bylam w Peru. Tak samo Indianie nie siwieli, dopiero gdy sie zmieszali z jakas krwia to pojawialy sie siwe wlosy. Tak wiec czemu te posagi maja brody skoro nie mieli prawa wiedziec, ze cos w tym miejscu moze rosnac i tylko u panow?
Za to ja sie odplacilam pytaniami - czy tu przed przyjsciem Hiszpanow znane byly krowy, swinie, koty i psy. Niestety nie znam na to odpowiedzi - mysle ze telefon do kolegi Pawla Ziemanskiego rozwialby to w 3 sekundy, bo on jest chodzaca encyklopedia i ciagle sie dziwie czemu nie wystapi w Milionerach.
Odbylam wizyte w jednym z muzeow w Tegucigalpie, gdzie jest pokazana historia Hondurasu od momentu powstania kontynentow az po chwile obecna. Zmrozila mnie strasznie jedna rzecz - bylo zdjecie z jakiejs starej ksiazki hiszpanskiej, gdzie wyszczegolnione bylo jak sie nazywaja rozne kombinacje dzieci urodzonych z mieszanych malzenstw.... i szczerze mwoiac nie bylam swiadoma tego, ze tych kombinacji wymyslili chyba 20 czy 25 (zreszta jest to tez pewien sposob - o zgrozo! - segregacji ludzi!!!), no bo przeciez:
- krew indianskia i krew hiszpanska - metys
- metys z krwia indianska - kolejna jakas nazwa
- metys z krwia hiszpanska - zaczynla sie nazwa od literki c
- ta kombinacja od literki c + krew hiszpanska znow dawala Hiszpana czy tez Hiszpanke
- czarny+ krew hiszpanska
- czarny+ krew indianska
- metys+ czarny
- metys+krew chinska - no bo tu tez byla emigracja robotnikow z Chin do zrobeinia koleji na przelomie XIX i XXw.... ale kolej nie powstala a duzo osob umoczylo kase i teraz komuniakcja jedyna to autobusy..... no to juz wiadomo czemu wszystkie sa tak zapchane, bo nie ma zadnej innej alternatywy
- czarny+chinczyk
.... itd bo tego sie robi wkoncu duzo.. i zaluje ze nie wzielam ze soba do muzeum notesika do pisania, by to zanotowac.
SPROSTOWANIE
W muzeum dowiedzialam sie ze kiedys byly 3 firmy potentaci bananowi, ale potem jeden wykupil drugiego - chyba na poczatku XXw i teraz sa tylko 2 firmy i sponsoruja 2 zwalczajace sie ze soba partie a nie jak wczesniej napisalam, ze sa 3. No coz - czlowiek cale zycie sie uczy.....
Osobiscie jestem zafascynowana, tym, co mozna zrobic z opon. Tu sie nic nie maruje w tej czesci swiata i tak stare opony moga sluzyc do zrobienia:
- choiniki - zaczyna sie od najwiekszej a pozniej ida coraz mniejsze opony i maluje sie to na zielono i dodaje jakies kolka, kwiatki itp
- poidlo dla bydla - wystarczy przeciac opone na pol w miejscu gdzie jest bieznik, i powstaja dwa polkola do ktorych mozna nalewac wode, by bydlo moglo pic
- podeszwy do butow - niektore recznie robione buty maja podeszwy wlasnie ze starych opon.
Zrobilam sie fanka stacji TeleHitu, gdzie non stop leca teledyski. Zachorowalam na jednego wykonawce - nazywa sie Christian is piewa przepiekna piosenke pt Azul, czyli niebieski. Nigdzie nei mgoe tego kupic na nielegalnych straganach z plytami, bo to chyba wykonawca z Meksyku.
Powoli odkrywam tez tutjesze rytmy, ktore mnie urzekaja. Stad pochodzi marenque - glownie Dominikana, Porto Rico ale i tu tez. Od marenque wywodzi sie bachiata (czyrtac bacziata), to po rpostu takei szybsze marenque. Oprocz tego kroluje cumbia (czyli kumbia). Ten typ to przemieszanie muzyki latynoskiej (czyli bachiaty, marenque) z rytmami afrykanskimi. Popularne glownie na wschodnich wybrzezach wszystkich panstw Ameryki Lancinskiej, bo tu wiekszosc ludnosci jest czarna. Te rytmy, to nie jest nic na miare naszych ludowych przyspiewek - to sie tu slucha, ciagle nagrywa i robia to rowneiz bardzo mlodzi wykonawcy. Slucha sie tez tu rapu oraz regge - ale glownei ludnosc czarna to lubi.
Moim odkryciem tutejszym jest styl co sie nazywa regeton - i niech tu nikt nie mysli ze to ma zwiazek z regge, jakby swiadczyly pierwsze litery. To jest mix rapu z marenque i bachiata. I musze powiedziec, ze mimo iz to jest rap to w polaczeniu z tutejszymi rytmami jest swietne. Oczywiscie wykonawcy sa mlodzi i ubrani w stylu rapu ale te rytmy sa inne niz te rap jaki my znamy, bo ma dodatki nut lokalnych rytmow.
Poza tymw tym modne sa talk show, gdzie panowie rpzebieraja sie za panie i parodiuja je poruszajac domowe sprawy. JEst ocpja takiej grubej mamuski w jednym programie, a konkurencyjny show to zgrabna blondynka, ze w pierwszej chwili myslalam, ze to naprawde kobieta... no tylko ten glos nei taki jak trzeba.
No i leci tu teraz reality show z Miriam!
Po tym, co zobaczylam w Hondurasie nie wiem, czy ktos mnie namowi na wizyte w tym kraju jeszcze raz. Ciagle ktos probuje na cos naciagnac, cos wmoiwc i jak widza samotna biala kobiete to nei moga sobie meijscowi panowie odebrac przyjemnosci uwiedzenia jej. Doszlo do tego, ze wolalam hotel niz wyjscie na ulice. Aczkolwiek mialam z kim tam pogadac spotkalam 60letniego Wlocha o imieniu Sergio, ktory od pazdziernika do kwietnia sobie jezdzi po swiecie. Rozmowa nasza musiala byc smieszna, bo on mowil sobie po wlosku a ja do niego po hiszpansku, gdyz rozumiem wloski a wyslowic mi sie w nim tylko trudno a on znal hiszpanski. Zreszta byl bardzo smieszny - chcial mnie nauczyc daialektu z Werony, bo jest z tego miasta i jak sie okazalo byl ostatnim 12nastym (nie nie pomylilam sie dwunastym!) dzieckiem swych rodzicow. Wypytalam go przy okazji o wszystko, bo on jechal od Kolumbii do Meksyku. No i byl jeszcze jeden ciekawy ewenement w hotelu w Tegucigalpie - Kanadyjczyk, ktory jedzie od Panama City do Mexico City.... rowerem. Zaczal w listopadzie a konczy w maju - jedzie oczywiscie sam. No i coz moja podroz wobec jego wyczynu to pestka!
Podczas rozmowym z Sergio wyszlo nam wiele ciekawych rzeczy co do historii. On zauwazyl, ze wszystkie posagi Majow plci meskiej maja brody a przeciez 100% Indianie plsci meskiej nie posaidali zarostu - ani brody, ani pod pachami ani w zadnym innym miejscu! - wiem z ksiazek a nie z autopsji i potwierdzil mi to ustnie potomek Indian, gdy kiedys bylam w Peru. Tak samo Indianie nie siwieli, dopiero gdy sie zmieszali z jakas krwia to pojawialy sie siwe wlosy. Tak wiec czemu te posagi maja brody skoro nie mieli prawa wiedziec, ze cos w tym miejscu moze rosnac i tylko u panow?
Za to ja sie odplacilam pytaniami - czy tu przed przyjsciem Hiszpanow znane byly krowy, swinie, koty i psy. Niestety nie znam na to odpowiedzi - mysle ze telefon do kolegi Pawla Ziemanskiego rozwialby to w 3 sekundy, bo on jest chodzaca encyklopedia i ciagle sie dziwie czemu nie wystapi w Milionerach.
Odbylam wizyte w jednym z muzeow w Tegucigalpie, gdzie jest pokazana historia Hondurasu od momentu powstania kontynentow az po chwile obecna. Zmrozila mnie strasznie jedna rzecz - bylo zdjecie z jakiejs starej ksiazki hiszpanskiej, gdzie wyszczegolnione bylo jak sie nazywaja rozne kombinacje dzieci urodzonych z mieszanych malzenstw.... i szczerze mwoiac nie bylam swiadoma tego, ze tych kombinacji wymyslili chyba 20 czy 25 (zreszta jest to tez pewien sposob - o zgrozo! - segregacji ludzi!!!), no bo przeciez:
- krew indianskia i krew hiszpanska - metys
- metys z krwia indianska - kolejna jakas nazwa
- metys z krwia hiszpanska - zaczynla sie nazwa od literki c
- ta kombinacja od literki c + krew hiszpanska znow dawala Hiszpana czy tez Hiszpanke
- czarny+ krew hiszpanska
- czarny+ krew indianska
- metys+ czarny
- metys+krew chinska - no bo tu tez byla emigracja robotnikow z Chin do zrobeinia koleji na przelomie XIX i XXw.... ale kolej nie powstala a duzo osob umoczylo kase i teraz komuniakcja jedyna to autobusy..... no to juz wiadomo czemu wszystkie sa tak zapchane, bo nie ma zadnej innej alternatywy
- czarny+chinczyk
.... itd bo tego sie robi wkoncu duzo.. i zaluje ze nie wzielam ze soba do muzeum notesika do pisania, by to zanotowac.
SPROSTOWANIE
W muzeum dowiedzialam sie ze kiedys byly 3 firmy potentaci bananowi, ale potem jeden wykupil drugiego - chyba na poczatku XXw i teraz sa tylko 2 firmy i sponsoruja 2 zwalczajace sie ze soba partie a nie jak wczesniej napisalam, ze sa 3. No coz - czlowiek cale zycie sie uczy.....
Subskrybuj:
Posty (Atom)
