poniedziałek, 12 listopada 2012

Motuoapa – Wellington – wt 6.11.2012



Nie musieliśmy się wcześnie wymeldowywać z hotelu, bo pan z recepcji powiedział wczoraj, ze możemy zostać do kiedy chcemy, bo przyjechaliśmy poznym wieczorem. Bardzo mile z jego strony ale i tak ok 10 tej byliśmy w samochodzie, by dalej eksplorować NZ. Zaczelismy od pobliskiego jeziora Taupo, bo Motuoapa lezy bowiem nad nim. Miejscowosc liczy gora 30 domow – wszystkie w bardzo podobnym stylu i często nawet nie sa ogrodzone, piękne ogródki.




A nad Taupo mielismy okazje zobaczyć piękne widoki i udało się nam uwiecznić czarnego labedzia, który domagal się chyba od nas czegos od jedzenia a my niestety nie mielismy





Pognalismy dalej do Tuarangi. Na początku wizyta w tutejszym punkcie informacyjnym, gdzie zaopatrzyliśmy się w mape oraz udzielono nam informacji, co do szlakow gorskich oraz zarekomendowano jeden, który trwa ok 1,5h i ma piękne widoki. Wykorzystalismy tez goscinnosc tutejszej miejskiej bibloteki, gdzie jest za darmo internet a jeśli ktoś ma swój wlasny komputer to jest specjalny pokoj do pracy. Moglismy tu na Skype porozmawiać z Rodzicami i dac znac, ze zyjemy i mamy się dobrze. Przy okazji pierwsza styczność z dwoma osobami strice Maorysami. Jeden pan na recepcji bibloteki – mega rozmiarow i klasa wagi sumo. Drugi pan przyszedł korzystać z bibloteki i miał cala twarz w tatuażach maoryskich no i wszedł jedynie w skarpetkach, bo Maorysi zdejmują buty wchodząc do domow. Rozmawiali miedzy sobą po maorysku – niestety nic nie rozumieliśmy z tego oprócz „Ka ora” – czyli dzień dobry.
W tutejszym supermarkecie zobaczyliśmy substytut ziemniakow – kumara (na zdjęciu w kolorze naszych burakow) oraz drugie miejscowe warzywo – ale niestety nie pamiętam nazwy jego.





Przeszlismy się po uliczkach scislego centrum miasta, gdzie jest to może 5 ulic na krzyz i gora 40 sklepow , które oczywiście sa otwarte tylko do 17tej. Jest to wszystko wielkości może targowiska przy Hali Banacha w W-wie i my mielismy wrazenie, ze jesteśmy na jakiś dzikim zachodzie w prowincjonalnym miasteczku, które powstalo gora 20 lat temu. Najbardziej ubawil nas miejscowy kosciol, bo  jednoczy az 3 wiary – metodystów, prezbiterian i anglikanów





Ekumenizm w 100%:-)
Jadac do Tuarangi były przepiękne widoki – tak jak już pisałam – jest plasko a od czasu do czasu wyrastają góry, które sa porosniete zielona trawa i drzewami. Takie krajobrazy jak we Wladcy Pierscieni, który tu był wlasnie kręcony. Jazda albo dolinami albo po tych zboczach gor – lepiej nie liczyc liczby zakretow a niektóre sa takei ostre, ze ograniczenie jest do 25km/h przy nich





Szlak wybrany przez nas w Tuarangi był naprawde piękny – szliśmy przez mini dzungle, gdzie bylo slychac spiew wielu ptakow. Widoki  a potem mineslismy jakas rzeczke i przeszliśmy przez most, dzięki któremu mogliśmy się uwiecznić, bo można było polozyc aparat na jego balustradzie





Zaczelismy wchodzić w krótkim rękawku, bo było cieplo, potem trzeba było zalozyc już polary, za jakis czas kurtki az przyszedł czas i na czapki oraz rękawiczki, bo tak strasznie wialo. Do sniegu nie doszliśmy na szczęście, bo chyba bym zamarzla.  Widoki były niezapomniane – Krzys średnio co piec minut powtarzal: „Jak tu jest pięknie” – no bo on jest miłośnikiem gor a tu takie widoki.





Szlak mielismy zrobić w 2,5h – wyszlo 3h, bo maz jest hobbysta zdjęć ale mielsimy tez mini postoj na posiłek i ciepla herbate z termosu.
Jadac dalej do Wellington trafiliśmy na znak drogowy „uwaga kiwi”. Niestety – jak mowi przewodnik, ten ptak nielot jest już prawie na wymarciu i ciężko spotkać go na wolności. Nie mniej jednak jest symbolem tego kraju i nawet obywatele nazywają siebie „Kiwi” a nie Nowozelandczyk. Wiekszosc rzeczy ma w swej nazwie kiwi i tak mamy: kiwi bus, kiwi bank, kiwi restaurant, kiwi car rentals, etc….





Kolejny symbol Nowej Zelandii to owce – jak się jedzie to widać wielkie polacie ogrodzonych pastwisk z zielona trawa i małymi białymi kulkami – czyli owcami, które z daleka wygladaja jak porozrzucane kamienie. Od czasu do czasu pojawiają się czarne plamy  - to krowy, które wystepuja tez w innych barwach: bialo-czarne jak u nas w Polsce, brazowe, biale, jasnobeżowe, bialo-brazowe. Wypatrzylismy tez pastwiska z lamami oraz sarnami i jeleniami.
3




Jadac po tym kraju ma się wrazenie, ze tutejsi ludzie sa dużymi indywidualistami – to można zobaczyć po tym jakie sa domy – każdy jest inny. Często każdy ma swa nazwe, która jest wypisana na skrzynce pocztowej, które często stoja samotnie przy drodze a dom jest gdzies daleko na gorze badz gdzies za waska kreta drozka. Najbardziej jednak wprawilo nas w osłupienie jedno ogordzenie pastwiska – cale bowiem było obwieszone butami. Naprawde nie mamy pojęcia o co chodzilo tu właścicielowi i skad wytrzasnal taka liczbe butow





Zawinelismy do Wanganui, które nas bardzo urzeklo. Wreszcie otarliśmy się trochę o historie – były tu budynki z końca XIXw i jakakolwiek stara czesc miasta. I co najważniejsze dla mnie – o stare budynki się tu dba i nadal sa eksploatowane w przeciwieństwie do Polski, gdzie stare rzeczy sa niszczone i wyburzane.





Z racji bycia pasażerem zaczelam przysypiać ale Krzys mnie obudzil na zwiedzanie starej stacji kolejowej w Otaki, by rozprostować nogi. Stacja ma ze 100 lat i nadal jest uzywana. Rozkład jazdy pociagow miesci się w dwóch linijkach – bo chodzi tylko 1 pociag dziennie: w jedne dni z Auckland do Welligton, by następnego ten sam wracal z Wellington to Auckland. I o dziwo – tu tez się pociągi spozniaja, bo była kartka z infolinia, gdzie zadzwonić, by sprawdzić, czy będzie on punktulanie





Udalo sie nam dotrzeć ok 21ej do Wellington ale znalezienie noclegu to walka z wiatrakami. Dobrze, ze mamy miejscowy numer pre-paida na komorke, wiec po kolei zaczelismy obdzwaniać wszystkie hostele, by ostatecznie chyba w 10tym znaleźć wolny pokoj.  Umowilismy się, ze będziemy w ciągu 30min i by dla nas potrzymano miejsca.  Hotel jest w dość specyficznym budynku – wymalowany jest on bowiem w paski jak u zebry.  Nie da rady go nie zauwazyc.
A jakie jest Wellington – od razu widać, ze bardziej tętni tu zycie, bo o 21tej jeszcze można kogos zauwazyc na ulicy i sa jakies knajpy otwarte.





Mnie znow zdziwilo, ze ja jestem w kurtce i rozważam zalozenie czapki na glowe a miejscowe panie paradują z golymi nogami i nawet w strojach iscie letnich. Jak widać punkt odczuwania zimna zależy bardzo od tego, gdzie się mieszka. A zsamej stolicy Nowej Zelandii zapamiętam nowy trend w butach – bo zobaczyłam takei cudo na wystawie sklepowej i tylko patrzeć jak się pojawi to w Europie





PostScriptum
Przepraszam za opóźnienie ale jesteśmy ciagle w drodze – przejechaliśmy już więcej niż 1,2tys km i sporo jeszcze przed nami – tzn tylko 2 dni więcej w NZ, bo u nas teraz wlasnie sobota i już po 11tej rano. Siedizmy w knajpce i zamieszczamy informacje na blogu.

Matamata – Motuoapa – pn 5.11.2012


Dalismy sobie trochę odpocząć – i pobudka dopiero o 8 rano. A na sniadanie sprobowalismy wczoraj kupionego miejscowego dżemu z jeżyn oraz z … rabarbaru. Naprawde wyśmienity! Potem ulokowaliśmy się w tutejszej kajpce z Wi-Fi, by porozmawiać przez Skype z rodzina w Polsce. Roznica czasowa jest dla nas wlasnie idealna – bo o 10tej tutejszego czasu jest 22 w Polsce ale jeszcze dzień wcześniej. Ale najważniejsze – dziś mój debiut kierowcy – chyba nie było tak strasznie skoro do tej pory zyjemy. Jedynie nadal w glowie mam jeszcze Krzysia, który ciagle mowi – „trzymajs ie bardziej prawej” albo „nie wiezdzaj na pobocze”. Ale niestety momentami jest ciężko, bo miejscowi jezdza jak wariaci i spokojnie powyzje dozwolonego maksimum 100km/h w obszarze niezabudowanym. Stan drog – idealny, nie sposób zepsuc resory w samochodzie a co więcej – dużo napraw drog po zakończonej tu zimie. Ostrzezenia o naprawie zaczynają się jakies 2km przed pracami a pracują gora 3-4 osoby i nikt nie stoi z lapoata w reku jak to ma miejsce w Polsce – tylko każdy cos robi i to punktualnie do 17tej. Jak doczytałam w przeowdniku – Nowa Zelandia jest pierwszym krajem na swiecie, który dal prawa wyborcze kobietom – 1893r, oraz pierwsze państwo z wprowadzonym systemem emerytalnym, który jest tu od 1898r( mam nadzieje ze nie pomyliłam dat, ale obydwa zdarzenia miały miejsce w latach 90tych XIXw). Może jeszcze kilka faktow historycznych o NZ: - w 1840r miał jedynie 2tys osadnikow i to jedynie w jednej miejscowosci, by w 1850r mieć już 22tys i dodatkowe 6 osad! A jeszcze większy wzrost nastapil po odkryciu zlota w I polowie lat 60tych XIXw - Nowa Zelandie odkryl w 1642r Holender Abel Tasman , ale gdy tu przyplynal to Maorysi zabili mu 4 członkow załogi – wiec postanowil zawracać. W 1769r doplynal tu Anglik James Cook i rozpoczal się okres handlu miedzy Anglikami, Francuzami a Maorysami. Handel polegal glownie na tym, ze Europejczycy wymieniali muszkiety na tutjesze futra zwierzat upolowanych przez Maorysow. Efektem tej wymiany była prawie calkowita eksterminacja Maorysow, którzy w plemiennych wojnach zaczeli uzywac muszkietow. Prowadzenie wojen miedzy plemionami było tradycja, gdyż panowie musieli się moc gdzies wykazac swa walecznoscia i honorem. W tych wojnach prawdopodobnie zginelo 20tys spośród 85tys Maorysow, których było w 1769r. W 1840r było ich juz tylko 70tys. - w 1840r Maorysi podpisują umowę z Wielka Brytania i Nowa Zelandia stala się kolejna kolonia tego państwa - i juz naprawde ostatni interesujący fakt – stan na 2009r – 4,4mln mieszkancow a w 1986r było to 70,3mln owiec, wiec na każdego obywatela przypadaly 22 owce! Ponieważ owce emitują dużo metanu (no coz po prostu …. pierdza) to rząd chciał tu wprowadzić podatek od owiec (raczje od ich wydzielanych gazow) tzw FART TAX, by ograniczać emisje metanu i przeciwdzialac dziurze ozonowej. Ale ten pomysl skonczyl się fiaskiem, bo przecież to ograniczyloby populacje owiec a tym samym glowne zrodlo dochodu wielu tutejszych obywateli. Wracajac do teamtu glownego – to zwiedzanie zaczelismy dziś od odwiedzenia typowej wioski Maorysow – której nazwy nie jesteśmy w stanie poworzyc bo sklada się az z 27 liter:
Na szczęście można tez uzywac wersji angielskiej - ta krotsza na gorze, bo Nowa Zelandia ma dwa jezyki urzędowe: maoryski i angielski. W wiosce nie spotkaliśmy jednak zadnego 100% Maorysa – większość to jakies mieszanki z Europejczykami a pozostali byli w pracy, wiec ciężko było kogos wypatrzeć na uliczce oprócz turystow z aparatami. Aby wejść do wioski – niestety ale trzeba zaplacic 30 NZ$ od osoby. Pieniadze na szczęście ida do budżetu wioskowego tej spolecznosci i stanowią ich wspólny budżet. W chwili obecnej Maorysi tak jak w dawnych latach maja swoja „pa”, a jeśli kiedyś rząd zabral jakas ich rdzenna ziemie – to bardzo często ja odzyskują i stanowi ona wspolna wlasnosc danego klanu / plemienia Maorysow. Często w miastach sa specjalne sklepy z produktami robionymi przez Maorysow z danego plemienia albo możliwość zorganizowania wycieczki, zakwaterownia w takiej wiosce. Zasada bowiem jest, ze w wiosce Maorysow może mieszkac jedynei osoba, która udokumentuje ze wsrd swych przodkow miała kogos z tego wlasnie plemienia / osady. W tej sytuacji Krzys i ja nie mamy szans zamieszkac w Tewhakarewarewatangaoteopetauaawahiao, co by pewnie nie zmiescilo się w rubrykach wiekoszosci dowdow:-) Byliśmy kolo 12tej i akurat wtedy była opcja wycieczki z przewodnikiem – wiec skorzystalismy z tego, by dowiedzieć się więcej o Maorysach. Wioska jest o tyle specyficzna ze lezy na obszarze gejzerów i działalności wulkanow. Bardzo często przy danym domu jest jakas dziura a z niej wydobywa się siarka bądź jakies zrodlo z goraca woda – do 200C. Jak dla nas to jak mieszkanie w srodku dzialajcego wulkanu. Jedna z rodzin musiala opuscic swój dom, bo pod kuchnia zaczela się wydobywac goraca woda. No ale sa i pozytywy – gotowanie. Bierzmey jakies meisa, przyprawiamy, wkładamy do garka, przykrywamy a potem tylko stawiamy w takiej dziurze, skad leci para z siarka i zostawiamy na 2h. Do tej pory tak gotuja miejscowi i ponoc wcale nie czuc od jedzenia siarka a wręcz jest to bardzo zdrowe.
Co więcej – kapiele w tutejszej lekko osiarkowanej wodzie dzialaja ponoc rewelacyjnie na zdrowie. Jako przykład ma sluzyc prawie 100-letnia mieszkanka tej wioski, która codziennie 2 razy się kapie w tej wodzie. Naprawde podziwiamy ludzi, którzy maja odwage mieszkac w takim miejscu i wdychać codziennie powietrze z lekkim zapachem siarki oraz mieć z okna widoki na dziury, z których dymi bądź leci jakies bloto.
W samym centrum wioski znajduje się budynek, w którym maja miejsce wszystkie ważne dla mieszkancow wydarzenia – my dziś trafiliśmy na pogrzeb, gdzie zgodnei ze zwyczajem zmarly przez 3 dni lezy w trumnie i każdy może go odwiedzić. Sa tez ponoc specjalne spiewy. Troche to jak kiedys w Polsce było. Tylko tu sa bardzo male domy i ciężko byłoby zmiescic dużo osob, wiec wykorzysuje się do tego budynki wspólne.
W tej malej wiosce – gora 30 domow – znajduja się az 2 koscioly – rzymskokatolicki oraz anglikański. Jak historia mowi – wodz Maorysow kazal kiedys stanac wszystkim poddanym w kolejce i naprzemiennie podzielil, kto będzie anglikaniniem a kto wyznania rzymskokatolickiego, bo nie widział roznicy miedzy tymi dwoma wiarami. Po zwiedzaniu z pania przewodniczka udaliśmy się jeszcze na wlasna wycieczke wokół wioski, by zobaczyc więcej gejzerow a było ich naprawde wiele i często pojawialy się karteczki, ze obok temperatura ziemi to 100C i nie należy schodzić z kladki, która prowadzi szlak. Natura jest naprawde zadziwiajaca i az strach pomyslec, co dzieje się we wnętrzu ziemi, w czym utwierdzila nas wizyta w Waiotapu Thermal Park. Tu sa gejzery – jeden na przykład codziennie punktualnie ok 10.30 ma erupcje – niestety nie widzieliśmy, bo byliśmy po południu. Ale za to Krzys zrobil tu tyle zdjęć, ze spokojnie moglby być z tego wydany album o parku A naprawde jest tu tyle cudow natury, ze nawet mi było trudno wybrać tylko jedno zdjecie do bloga – stad dwa. Jest wiele dziur w ziemi, z których wychodzą rude bądź zolte ciecze, parujące rude wody i rozgrzane kamienie, ze chyba mozna byłoby na nich jajecznice usmazyc. I wszędzie lekki zapach siarki
Urzadzilismy sobie mini piknik na parkingu i od razu mielismy towarzystwo ptakow podobnych do naszych wróbli oraz drugi – identycznych jak sikorki, tylko zamiast zoltego koloru pior maily tu brazowo-rude. Kompletnie nie baly się nas , bo chyba zyja na codzien z turystami i czekaja na okruchy. Z pelnymi brzuchami pognalismy do kolejnej atrakcji - wodospadu Huka. Z tablicy informacyjnej dowiedzieliśmy się ze ten jeden wodospad dostarcza 20% energii elektrycznej w Nowej Zelandii. Jest naprawde gigntyczny i woda w nim plynie z ogromna sila.
Musimy powiedzieć, ze wszystkie szlaki turystyczne i oznaczenia atrakcji sa tu perfekcyjnie zrobione – zawsze minimum 1km przed atrakacja pojawia się brązowy znak informacyjny ja zapowiadający, potem jest parking dla samochodow i tablica informacyjna opisujaca dany punkt, szlak dojścia do glownego punktu. Tylko pozazdroscic. Jazde po tutejszej autostradzie można okreslic jak – wszystkie pasy sa twoje, bo średnio raz na 10 min można zobaczyć kogos jadącego… bywaja momenty ze przez dobra godzine nei ma zadnego samochodu. A za oknem zielone rowniny i co jaksi czas wystajaca gorka porosnieta drzewami
Nocowalismy w Motuoapa na jeziorem Taupo, bo tu Krzys zaczal mi przysypiać, gdyż nie miał nic do roboty siedząc jako pasażer. Jak zwykle wyladowalismy w przypadkowym motelu przy glownej trasie. Jak zwykle sypialnia z malym aneksem kuchennym i lazienka. Zastanawiam się, czy standardem sa tu łazienki bez kafelkow – po prostu na scianie takie plyty z pcw albo plasitku. No ale może to standard hotelowy po prostu. I wychodzi tez cala brytyjskość - zawsze dwa oddzielne kurki na wode ciepla i zimna, wiec trzeba zatykać umywalke korkiem i sobie napuscic wody, bo alternatywa jest albo poparzenie rak albo ich zamarzniecie. Tutejsza nowość – kurki do prysznica, który im bardziej się kreci tym cieplejsza woda i więcej. Mam nadzieje, ze poniższe zdjęcia wyjasniaja w zupelnosci to, co napisałam:-)

piątek, 9 listopada 2012

Auckland - Matamata– ndz 4.11.2012


Wyladowalismy, wiec musielismy rozstać się z naszym mega wygodnymi fotelami samolotu Singapore Airlines. Naprawde super osbluga i najlepsze jedzenie ze wszystkich linii lotniczych – Turkish Airways and JetAirways indyjskie to gwiazdka nizej. Panie tez miały stroje w stylu ludowych singapurskich – długie spodnice oraz bluzki z długim rękawem uszyte z tego samego matrialu. Wszystkie takze w tym samym uczesaniu – koku , dodatkowo ten sam makijaż – chyba tu tez wizazysta jest Douglas, jak ma to miejsce w przypadku polskiego LOTu. Pierwsza styczność z obywatelem państwa Kiwi – wypelnienie opaslej aplikacji o wize z szczegolowymi pytaniami, co zywnosciowego się wwozi oraz jaki sprzet gorski, nasiona, mieso, lekarstwa. Trzeba dokladnie wypelniac, bo kara za fałszywe zeznania – 400$NZ (ok 1,2tys zl). Pan na kontroli paszportowej nas jeszcze dokładnie przepytal oraz kazal pokazac buty, jakie mamy na nogach, czy w nich nie mamy jakiejś ziemi czy tez kamyków. Potem prześwietlono nas bagaż, skonfiskowano mi 3 jablka z Brwinowa (oczywiście je podalam na kontroli) i skierowano na dokładne zbadanie sprzętu gorskiego. Zabrano nam namiot, po który mielsimy się zglosic po 15 min – miał być rozstawiony i sprawdzony, czy nie ma w nich zadnych ususzonych insektow, nasion traw itd. Najwazniejsze – czekolady przeszly przez granice! W ciągu tych 15 min czekania – kupiliśmy sobie karte do telefonu komórkowego, by mieć miejscowy numer. Angielski nowozelandzki – trzeba się bardzo wsluchiwac, bo urywają koncowki wyrazow i dluzej mowia samogłoski niektóre. Ichniejsze „fish & chips” brzmi cos w rodzaju „fusz & czups":-) Majac telefon – czas na samochod. Przyjechal po nas pan i zabral z bagażami do wypoczyczalni Apexa, gdzie czekal na nas Nissan Sunny ….. z kierownica po lewej stronie. To będzie wyzwanie! Sprawy papierkowe poszly mega sprawnie a najzabawniejsze jest to, ze samochod mamy zostawić na parkingu przy lotnisku w Christchurch, kluczyki wlozyc do skrytki i nie zamykac go. Po 15 min siedzieliśmy już w samochodzie i pierwszy skret Krzysia w lewo o mało nie skonczyl się wjechaniem na prawy pas a nie na lewy. Automtyczna skrzynia biegow – zdaniem Meza działa rewelacyjnie i parkowanie obylo się bez zarysowan. Zaczelismy zwiedzanie Auckland od wizyty w supermarkecie, by zakupić chociaż cos do pica. Tutaj wszystko jak u nas w Polsce ale: - sery zolte bardzo często z Niemiec – czyzby to wymiana barterowa była za sprzedawane tam kiwi? - większość produktów zawiera informacje na temat kraju pochodzenia i bardzo często w jakim % sa to produkty nowozelandzke - nic z polski nie znaleźliśmy:-) - wszystko jest w mega rozmiarach – soki w pojemikach po 4 litry, ser zolty pakowany po 0,5kg, ogrome pojemniki z proszkiem do prania – czy tak duże rodziny sa tu czy raczej wychodzi oszczednsc miejscowych? Kolejny punkt dnia – centrum Auckland. Zobaczylismy wieżowce – ale sa one normalnych rozmiarow a nie tak gigantyczne jak w Singapurze. By lepiej zrozumieć Nowa Zelandie – poszliśmy do tutejszego Auckland Museum, gdzie jest ogromna wystawa o historii Maorysow, odkryciu Nowej Zelandii przez Eurpoejczykow oraz historia najnowsza tego kraju jak i roznych panst znajdujących się w Oceanii. Muzeum posiada nawet rekonstrukcje lodzi, w jakiej pływali Maorysi oraz typowego domu maoryskiego.
Wioska to po maorysku „pa” i mieszkają w niej skoligacone ze sobą osoby i bardzo często w jednym ogromnym domu. Czasami „pa” sklada się z kilku ogromnych domow, gdzie w każdym mieszka inna wielopokoleniowa rodzina. Dom jest zbudowany z bali drewna, na których sa wyrzeźbione rozne postaci bogów oraz przodkow Maorysow i z reguly maja one ogromne oczy zrobione z muszli, wiec trochę przerazaja, ze ich wzrok wszędzie siega.
Wszyscy pracują dla dobra całej wioski. Jak się okazauje – Maorysi pojawili się w Nowej Zelandii ok 1100 roku przyplywajac zapewne z jakiejs okolicznej wyspy. Jezyk maoryski jest najbardziej podobny do tahitańskiego. Pierwsi mieszkancy Nowej Zelandii przyczynili się do całkowitego wyginiecia moa – to taki mega ogromny strus, caly pokryty brązowymi piorami w ciapki.
W muzeum był on zrekonstruowany – ja mu siegalabym gdzies do polowy lydki. Kiwi zas jest wielkości naszek kury ale ma mega dlugi dziobek, nie ma skrzydel i jest w podobnym jak moa kolorze – przypomina kolorem samice polskiego bażanta. Zapewne przyrządzano go wedlg maoryskiego sposobu gotowania – najpierw kopano dol, do którego wkładano gorace kamienie prosto z ogniska a dopiero na nie mieso i inne rzeczy zawinięte w liscie i znow nasypywano na to ziemie. Po około 2h czasu – odkopywano i jedzenie było juz ugotowane. Co mi się tylko wydaje, ze piasek na pewno się dostawal i trochę trudno się jadlo.
Zaciekawila nas tez historia waluty w tym regionie swiata – to, ze były to muszelki to była rzecz oczywista. Ale okazało się, ze były to i rozne inne rzecyz w zaleznosci od wysp Oceanii. Na jednej były to na przykład kamienie przywiezione z innej wyspy, a na innej na przykład sznurki barwione na czerwony kolor (barwnik był bowiem z innych wysp przywożony). Niestety ale nie było napisane, co dzieje się gdy ta czerwien wypłowieje - wartość pieniadza spadla?
Po zdobyciu podstaw wiedzy o Nowej Zelandii pojechaliśmy do scislego centrum Auckland. Kolejna nowość – parkingi sa tu płatne i im bliżej centrum tym krótszy maksymalny czas postoju. Na szczęście my dotarliśmy o 17tej – wiec tylko 1h płatnego parkingu, bo od 18tej do 6 rano jest darmowy. Pierwszym punktem zlokalizowanie kościoła, bo chcieliśmy isc na Msze Sw. Udalo się bezproblemowo – mielismy wiec czas do 19tej na zapewnienie sobie atrakcji, gdzie glowna stanowila Sky Tower – wieza widokowa, gdzie miejscami można stanac na szkle i spojrzeć w dol.
Widoki naprawdę zapierające dech w piersiach a wrazenie stania na szkle – niezapomniane, nie mowiac już o jeździe winda, gdzie również czesc podłogi to szklo i można spojrzeć w dlugi tunel.
Na samej wiezy mój Maz utanal w fotografowaniu – no bo były tak piękne widoki, ze nie mogl pozwolic sobie na ominiecie choć skrawka ktoregos No ale prawda jest taka, ze Krzys robi tak piękne zdjęcia, ze ja wole nie brac aparatu do reki, bo z mistrzem i tak nie wygram.
Przeszlismy się po uliczkach i mnie tylko momentami skrecalo, ze ja jestem w spodniach dlugi, kurtce i jest mi zimno a tutejsze panie paradują w sweterkach i bez rajstop czy tez skarpetek, czasami nawet w klapkach…. jak to widziałam to az gęsiej skorki dostawala. Do kościoła dotarliśmy punktualnie. Jestem pod wrazeniem organizacyjnym – każdy bowiem dostaje kartke z pieśniami, jakie będą spiewane. Zespol muzyczny – kilka instrumentow, organy oraz swietne glosy a przede wszystkim wiele współczesnych aranżacji. Pani organistka z Sulejowka miałaby zbyt wiele do nadgonienia niestety. Na nabożeństwie bardzo dużo osob – w kombinacji: Maorysi, biali Nowozelandczycy, Hindusi, Azjaci (Malezja?) – po prostu przegląd swiata Po uczcie dla ducha przyszedł czas na uczte dla brzucha – wyladowalismy w milej wloskiej knajpce, gdzie obok przy stoliku siedziało dwóch panow około 50tki trochę narzekających sobie na zony oraz trudy wychowania dzieci. Przy pizzy otworzyliśmy sobie mape NZ, bo trzeba podjąć decyzje co do planow na kolejny dzień. Postanowiliśmy jechać w kierunku Rotorua i w miare możliwości spac gdzies po drodze. Dotarlismy ostatecznie do Matamata – i chyba dlatego padlo na to miejsce, bo Krzysiowi nazwa miasta kojarzyla się z matematyka, która on studiowal Jadac noca nie wiele udało się zobaczyć – ale domki sam ale w stylu skandynawskim bądź tych, jakie widziałam w Ameryce Centralnej – np. w Panamie. Ogrodki bardzo zadbane i przed domami wystawione na ulicy jak w USA skrzynki na listy. Zabudowa mijanych miasteczek / wsi jest calkiem inan niż u nas, bo nikt nie stawia domu obok sąsiada – przewaza opcja stawiania domu pośrodku swego rancza. Wokół domu zas sa pola bądź pastwiska z owcami. W ten sposób miejscowosci ciagna się przez kilka kilometrow, czasami widać jakiś kosciol i przy nim moze skupisko maksymalnie 10 domkow, A tak wszędzie – bezkres i puste drogi, pagórki , której najczesciej sa kraterami dawnych wulkanow. W Matamata mielismy problem z znalezieniem motelu – w pierwszym godziny funkcjonowania biura skonczyly się o 20tej i zero informacji, gdzie mozna zadzownic, gdy człowiek pojawil się o godzinie 23ciej. Wdrugim, do którego prowadzily drogowskazy, zero zywej duszy również. Wyladowalismy w koncy w McDonaldzie, gdyż to był jedyny otwarty punkt i choć jedna zywa osoba. Pani była naprawde mila, bo polecila nam Brodway Motel i co wiecej zadzownila do wlasciciela z informacja, ze będziemy zaraz. Tym razem dom był juz rozświetlony i wlasciciel czekal na nas. Dostalismy super apartament – pokoj z ogromna lazienka oraz aneksem kuchennym, w którym było wszystko – zastawa, sztucce, garnki a nawet toster i czajnik elektryczny. Trafilo się nam naprawde jak slepej kurze ziarnko.

Singapur – sb 3.11.2012

Po dobrych 13h lotu z Londynu dolecieliśmy do Singapuru na godzine 15ta tutejszego czasu. Zwiedzanie zaczelismy od znalezienia…… toalety, by moc zrzucic nasze zimowe ubrania i zalozyc krótkie spodenki oraz T-shirty. Tutaj temperatura bowiem powyżej 31C oraz ogromna wilgotność z racji morza oraz kropiącego deszczu. Singapur państwo-miasto lezace na wyspie (aczkolwiek ma jeszcze kilka malusieńkich innych). Jedyne polaczenia z stalym ladem to dwa mosty graniczne z Malezja oraz licznie przylatujące tu samoloty w drodze do Australii i Nowej Zelandii na tankowanie paliwa. Zgodnie z tym, co twierdza przewodniki – jest to chyba jedno z najczystszych miast swiata i mega uporządkowane. Zas pocztowka miasta – jest budynek skaldajacy się z 3 wiezowcow i nagorze polaczony tarasem z basenem. Nie mielismy czasu, by wjechać tam winda – wiec zrobiliśmy zdjecie tego cuda.
Na ulicy nie uświadczy się zadnego papierka a zucie gumy jest prawnie zabronione (nawet wwozic jej tu nie można!). Ale jak zwykle zawsze się znajdzie ktoś, kto lamie prawa – bo na schodach ruchomych zobaczyliśmy przyklejona jedna. Zapewne była to jakas akcja protestacyjna opozycji Z tego co przeczytałam w przewodnikach to od lat 60tych rzadzi tu ta sama partia a opozycja nie istnieje. Jest to takie status quo – ze obywatele Singapuru maja wiele dodatkow (np. państwo w pewien sposób doplaca / gwarantuje mieszkania obywatelom) a w zamian za to partia nieprzerwanie jest u steru władzy – tak, ze obecnie premierem jest syn wcześniej panującego premiera od czasu upadku kolonializmu. Coz tu można zobaczyć?
Wieżowce, wieżowce, i jeszcze raz wieżowce a w nich sklepy z mega eksluzywnymi markami z całego swiata. Trafilismy akurat na sobote po południu – wiec to był chyba szal tutejszych zakupoholikow. Aczkolwiek Krzys twierdzi , ze w tygodniu może tu być jeszcze gorzej. Wszedzie tlumy ludzi i ogromne korki. Obywatele Singapuru to w większości potomkowie wcześniej tu przybyłych Chinczykow, Hindusów, trochę Malezyjczykow, Anglikow i innych Europejczykow . Czasami miałam wrazenie, ze jestem na lotnisku, bo zwykle tam mieszjaa się ludzie z roznych państw – a tu widać to na ulicy.
Mieszanka iscie wybuchowa ale wszyscy od wiekow trzymają się wśród swoich, bo trudno spotkać skośnookiego Hindusa. Co więcej wszyscy mieszkaja w dzielnicach wyznaczonych jeszcze przez pierwszego „gubernatora” angielskiego pana Raffelsa w XVIIw. Taka mieszanka skutkuje tym, ze Singapur ma kilka urzędowych jezykow: angielski, chiński, malajski, co doskonale widać na wszystkich informacyjnych napisach, ze sa minimum w 2 jezykach – angielskim i chińskim. Taki kociol, spowdowal, ze wyksztalcila się miejscowa odmiana angielskiego – tzw singlish. Słyszeliśmy go wielokrotnie i dalo rade zrozumieć pojedyncze słowa angielskie, bo reszta to domieszka chińskiego. Wplyw państwa jest obecny wszędzie – nie sposób wielu rzeczy zrobić, bo jest totalna kontrola – wszyscy posłusznie przechodzą przez ulice, pary nie trzymają się za reke ani nie caluja (zakazane!), wszędzie ruchome schody no i te swiecace wieżowce. Nawet ludzie mieszkają w budynkach, które maja więcej niż 30 pieter. W tym wszystkim az trudno zobaczyć slonce.
Zieleni prawie wcale nie ma – za droga jest tu ziemia. Sa może 2-3 parki i to wszystko – nie licząc pol golfowych i boisk tenisowych. Najbardziej wprawiające w osłupienie jest metro, bo: - bilety kupuje się samemu w automatach – jest interaktywna tablica i się naciska na niej stacje docelowa, wsadza pieniądze / karte kkredytowa i wyskakuje bilet nabity na karte magnetyczna, która można potem po zużyciu zwrocic w automacie, by odzyskac 1 dolar singapruski - można nabic sobie tez na karte magnetyczna jakas sume pieniędzy, a potem wsiada się do autobusu . metra i trzeba ja dotknac do kasownika, a gdy się wysiada – znow dotkac, by automat stwierdzil jaka sume pieniędzy należy zdjąć z karty. Pelna automatyzacja! - żeby wsiąść do wagonu metra – to nie takie proste, gdyż miejscowi się bardzo tlocza. Tak wiec na większości stacji sa zaznaczone na peronach kreski, gdzie należy stać a gdzie jest miejsce dla wychodzących. Co więcej – tory sa totalnie odgrodzone oslona, by chyba nikt nie popelnil samobójstwa. Tak wiec pociąg musi tak się zatrzymać, by drzwi wagonu znajdowaly się dosłownie w tym samym miejscu, gdzie sa drzwi przesuwane oslony
- w wagonach metra sa interaktywne mapy, ze zapala się swiatelko, na której stacji teraz się metro zatrzymuje oraz z której storny będą się otwierac drzwi. Razem z Krzysiem stwierdziliśmy, ze Singapur nas przytłacza swa megalomania, rozmiarami budynkow, budowlami super nowoczesnymi. Poza tym wszystkie panie sa mega bezgustownie ubrane – widziałam pania ubrana w grube czarne rajstopy a do tego zalozone klapki japonki na obcasie. Jak widać obecność swiatowych marek ubraniowych nie wiele tu pomaga. A oznaka statusu jest posiadanie pani do sprzątania z Filipin, które można przyrownac to sytuacji w Polsce w kwestii pan do sprzątania z Ukrainy.
Jedyny skrawek, który się nam podobal, to stara dzielnica chinska, gdzie sa może 200-letnie budynki z niezliczona liczba knajpek serwujących mega dziwne rzeczy – np. sprasowana wieprzowinę.
W wąskich uliczkach sa tez cale linie małych barkow serwujących wlasnie ugotowane rzeczy a przed nimi linia stolikow, gdzie można usiasc. W takiej jadłodajni najwazniesza rzecza jest…. paczka chusteczek higienicznych, bo gdy się ja polozy na stoliku to wiadomo, ze stolik jest zarezerwowany. Potem można isc spokojnie i zobaczyć serwowane potrawy w barkach, zamowic i powiedzieć, do którego stolika maja być przyniesione. Na tej samej ulicy – tylko trochę wcześniej jest swiatynia hinduska – trafiliśmy akurat na jaks procesje. Na jakies platformie był ustawiony posag jednego z hinduskich bogów, który był ubrany w zlote szaty i siedział pod jakas altanka mega oswietlona. Calosc ciagnal samochod meag kolorowy i przybrany. Wokół był tlum ludzi, spiewy, i glosna muzyka. Dla mnie mily powrot do mych Indii – dla Krzysia ich namiastka. I co zadzwilo mnie bardzo – swiatynia hinduska sasiaduje z meczetem – a przecież w Indiach te wiary bardzo się zwalczają. W dzielnicy chińskiej zwiedziliśmy tez swiatynie buddyjska – nota bene nazywa się ona tlumczac na polski: Swiatynia Zeba Buddy. Liczylam zobaczyć, gdzies ten zab buddy – ale nie było go Zastalismy za to złotego budde siedzącego w centrum swiatyni oraz na każdej ze stron swiatyni – rozne wcielenia buddy.
Lacznie jest ich 100 i żaden posazek się nie powtarza! Roznia się glownie trzymanymi w reku atrybutami – a to kwiatek, a to listek, berło, owoc, itd…. Czas nam uplynal bardzo szybko i musieliśmy wracac już na lotnisko – co zabiera więcej niż 1h, nawet gdy jedzie się meterem i byliśmy dosłownie ostatnimi pasażerami jacy zostali zabrani na pokład samolotu. Musimy powiedzieć, ze Singaupr Airlines ma super menu, mega wygodne siedzenia. Każdy tez ma swój wlasny ekran i pilot, by moc grac, sluchac muzyki, czy tez wybrać jeden z 250 filmow do obejrzenia – od Hollywood po kino chińskie i singapurskie. Przed nami było dobre 10h lotu. A i najważniejsze – co można przywieźć na pamitake z Singapuru – kota machającego lapka – zapewne jak większość rzeczy – made in China:
Wiecej – co porabimay w Nowej Zelandii nastapi wkrótce – po prostu mamy mało czasu na pisanie, bo ciagle jesteśmy w drodze a ja tez kieruje samochodem

piątek, 21 października 2011

Szwecja - wizyta rodzinna 21-27.07.2011

2011.07.21.
Razem z Mama wybralysmy sie w odwiedziny do naszej rodziny - czyli Cioci, ktora wyemigorwala dobre 33 lata temu.
Szwecja przywitala nas strugami deszczu - ale jak to sie zdarza ze mna - po ok 2h przestalo padac jak dotarlysmy z Malmo do Lund do Richarda - cioci syna. Lund jest typowym miastem studenckim - wszedzie budynki uczelniane. Ale nie bylabym soba, gdybym nie znalazla jakiegos watku polskiego. Musialam koniecznie zobaczyc dom, w ktorym mieszkaly dzieci Stanislawa Przybyszewskiego - Iwa i Zenon, ktorych matka byla Dagny Juel (Norweżka). Po jej smierci dzieci zostaly adoptowane przez jej siostre i zamieszkaly wlasnie tu w tej kamienicy.

Potem czekala nas podroz do Aeke, gdzie mieszka ciocia. Przez cala droge padalo ale ja i tak zapamietam wizyte w samolocie ustawionym kolo drogi, gdzie we wnetrzu znajdowal sie sklep z cukierkami i czekoladami. Och jak chcialabym miec swoj prywatny taki samolot.... a Mama musiala mnie popedzac, bo chyba nocowalabym tam.

2011.07.22
Cioci dom stoi posrodku 72ha lasu. Do najblizszego sasiada dobre 15 min piechota. Taka wlasnie jest Szwecja - przestrzen a posrodku gdzies jakis maly domek. Po prostu kraj indywidualistow. Wszytskie domki podobne do tego cioci z ta roznica, ze w kolorze brazu. Taka narodowa tradycja. Poza tym wcale nie sa duze - po prostu schludne i praktyczne. My Polacy mamy chyba ciagel aktualna dewize: postaw sie a zastaw sie.
Dzien spedzilismy czesciwowo na porannym grzybobraniu kurkow, potem pojechalismy do Varnamo - najwiekszego okolicznego miasta oraz zobaczylysmy Gnosjo, gdzie znajduje sie skansen.
Zdumiewajace, w jakich warunkach mieszkano tu na poczatku XXw - to byl naprawde biedny kraj, gdzie wiekszosc trudnila sie "roziaganiem drutu" a zona czesto byla uzywana zamiast konia w takim kieracie. Stad tak duza emigracja do USA no i ograniczenia w handlu wodka. Szewdzi bowiem topoli smutki w alkoholu, potem zaniedbywali a czasami bili zony i dzieci. Panstwo postanowilo zaradzic temu - kontrolujac sprzedaz alkoholu. No ale nie ukrywajmy, ze tu przeciez chodzi o pieniadze - bo rzad ma dochody z nalozonego podatku na alkohol.
A dzien zakonczylismy grillem w ogrodzie.

23.07.2011
Dzien w podrozy do Goteborga razem z Richardem oras Susi. Taka wyprawa rodzenstwa. Co zapamietam? Chyba obsesje rownouprawnienia w tym kraju - napis na wystawie
a do tego to, ze wszystkie toalety sa tu koedukacyjne - brak podzialu na meskie i damskie:-) Przez to panowie sa malo mescy, zas panie wyrosly na silne osobowosci. Zreszta to jest kraj wielkich indywidualistow. Do tego wszystkiego dochodzi emigracja. Rzecza normalna jest kobieta w chuscie na glowie, zdarzaja sie i calkowicie zakryte oraz panowie z dlugimi brodami. Przyjechanie do Europy wcale nie zmienilo obyczajow tych osob. Rosnie nam silne pokolenie muzulmanow i to chyba lepsza taktyka pdobicia Eurpy niz Czyngis-chan czy tez wojny z Turkami. Wszyscy mowia wokol, ze te spolecznosci trzymaja sie silnie wewnetrznie i sa malo otwarte na rodowitych Szewdow.

24.07.2011.
Niedziela - wiec wiekszosc rzeczy zamknieta na przyslowiowe 4 spusty. Przejechalismy sie nad jezioro Bolmen.
Przepiekne krajobrazy - niczym na polskich Mazurach. Jedyny wyjatek - jest tu czysto! Brak porzucanych plastikowych butelek, puszek po piwie, jak to u nas w Polsce, gdzie nikt nie dba o rzeczy wspolne. Dla mnie najwieksza atrakcja - Lopis. Z reguly w starej jakiejs szopie zebrane wszytskie niepotrzebne rzeczy z okolicy. Mozna naprawde trafic na piekne stare rzeczy za smieszne pieniadze. Ja wyszlam z calym arsenalem srebrnych widelcy i lyzeczek a Richard z lampa solna. Gdybym zostala na dluzej w Szwecji to pewnie uzaleznilabym sie od lopisow albo dorobila sie w nich karty stalego klienta:-)

25.07.2011
Po prostu Ullared - czyli dzien zgodnie z marzeniami kazdego Szweda. Ullared to miejscowy najslawniejszy supermarket. Tlok w nim straszny a Richard juz w drodze do sprawdzal, czy jest tam kolejka i jaki czas oczekiwania na kosz. Na szczescie udalo sie nam bez oczekiwania na kosz, zas moj o ile dobrze pamietam mial numer ok 5tys! Sklep sam w sobie jak kazdy Carrefour czy tez Tesco... z ta roznica, ze tu ciagna wszyscy z calej Szwecji, wiec generuje duze obroty a to oznacza niskie ceny, dla ktorych przyjezdzaja miejscowi. I tak w kolko. Ullared dorbil sie wlasnego reality show w TV - gdzie pokazywano rozne rodziny jak spedzaja czas w nim. Obok supermarketu znajduje sie wielki camping, bo niektorzy spedzaja tydzien wakacji na codziennym robieniu zakupow w tym sklepie i to na caly rok! Naprawde fenomen tutejszy a dla mnie cos w rodzaju narodowej pscyhozy. No i oczywiscie 99% rzeczy w nim made in China - tak jak na calym swiecie. Po dobrych 3h porzucilismy koszyki, by isc cos zjesc, potem do nich worcilismy, by dalej kontynuowac shopping. I tak tez robi wiekszosc miejscowych, bo wokol zlokalizowane przybytki konsumpcji.

26.07.2011
Dzien zaczla sie od wizyty na Dzikim Zachodzie - ciocia zawiozla nad do miejsca, gdzie kiedys ktos zaczla groadzic stare rzeczy zwiazane z Dzikim Zachodem. Teraz jest to ogromna przestrzen, gdzie znajduje sie cos w rodzaju wesolego miasteczka.
Miejscowi zamieniaja sie w statystow i wiekszosc emerytow dobrze sie bawi. Mozna byc szeryfem, zlodziejem itd... Jest nawet wioska Indiadn, przejazdzka lokomotywa (uwaga - jedna z dwoch jest z polskiej fabryki sprzed II wojny swiatowej!!!) do Meksyku podczas ktorej jest napad na ow pociag. Plywa statek jak na Missisipi. Dzieciaki moga kupic male pistolety oraz kapiszony i zdobywac Dziki Zachod. Naprawde rewelacja tylko szkoda, ze z racji pogody od jesieni juz zamknieta.
Kolejny punkt dnia - wizyta w najmagiczniejszym miejscu, ktore zoabczylam w Szwecji. Dawnej fabryce. Zaczela funkcjonowac ona jeszcze przez II wojna swiatowa a wlasciciel zamknal ja w 1974r, bo zaczal przegrywac z wielkimi fabrykami.
Teraz kilku miejscowych pasjonatow, ktorych ojcowie tu pracowali - postanowili przeksztalcic to w muzeum i zadbac o calosc. Wszystko dziala tu jak nalezy - na moich oczach pan zrobil zdobienia na mosieznym dzwoneczku. A sprzety maja po dobre 100lat. Chodzenie i dotykanie - bezcenne. Wydeptane schodki, prog w drzwiach na rowni prawie z podloga. I tu kiedys pracowali ludzie i wytwarzali superprecyzyjne rzeczy z zerowym bledem niedopasowania!

27.07.2011
Pobudka, dluga droga do Goteborga a po 15tej juz w W-wie... I tak minal tydzien w Szwecji:-)