W ogrodzie słyszeliśmy tez spiew roznych ptakow a jeden nawet raczyl się nam długo przygladac – cos podobnego do naszego szpaka ale z dziobem w kolorze cytrynowym. Zaspokojenie głodu pognalo nas do jakiejs knajpki na obiad – padlo na Vudu Cafe, gdzie siedliśmy sobie w ogródku. Dzieki temu mielismy wgląd na to, co dzieje się na ulicy oraz jak wygladaja miejscowi. Mi bardzo podobalo się spotkanie dwóch miejscowych panow – obydwaj bardzo klimatyczni a jeden z nich z dzieckiem, wozkiem i dodatkowo psem. Najspokojniejszy był pies – grzecznie lezal i obserwowal ulice oraz wyczekiwal, czy cos nie spadnie ze stolu… a spadlay niestety glownie zabawki dziecka.
My zamowilismy sobie danie z miejscowego słodkiego ziemniaka – kumara. Dostalismy na talerzu trzy okragle placuszki z niego wlasnie polozone na sałatce – naprawde bardzo smaczne to było. Do czego podobne w smaku? Po prostu chyba do cukinii – ale według mego Meza do ziemniaka:-) Ostatecznie ustaliliśmy ze do cukinio-ziemniaka, by uniknąć klotni malzenskiej.
Z pelnymi brzuchami wsiedliśmy do samochod, by jechać w kierunku Chirstchurch. Z zalozenia wiedzieliśmy, ze tam nie dotrzemy dziś, bo to za dużo kilometrow i jak zwykle gdzie w motelu przy drodze się prześpimy. Teraz weszlimy w czesc winna Nowej Zelandii – zaczely się winnice.
I jak to w tym państwie – jak cos się zacznie to się ciagnie kilometrami. Zastanawia mnie, czy to wszystko należy do jednej osoby, czy tez okoliczni rolnicy się w tym specjalizują.No i oczywiście wszystko zagrodzone – co najbardziej denerwuje Krzysia, bo nawet do lasu nei da rady wejść, bo tez jest plot, przy lace – znow siatka, itd… Ilez musieli tu zarobić pieniędzy producenci drutu – żeby te polacie tak pogrodzic. A teraz dochody czerpią firmy produkujące farby – no bo przecież co jakiś czas plot trzeba pomalować.
Dzis znow dorwałam się do kierownicy – i Krzys twierdzi, ze nabieram zwyczajow nowozelandzkich – pedze jak wariat 120km/h… no ale przy pustych drogach można sobie pozwolić. Bez pytania się Meza – skrecilam w droge prowadzaca do MtCook – najwyższej góry Nowej Zelandii.
Oczywiście nie było mowy o wspinaczce – to wyprawa na kilka dni i trzeba być dobrze przygotowanym. Chcialam po prostu zrobić przyjemność Krzysiowi, który jest miłośnikiem gor, a zabrany nowozelandzki autostopowicz polecal, by się przejechać, bo sa przepiękne widoki. Mial oczywiście racje – bo dotarliśmy do pięknego jeziora o szmaragowej wręcz wodzie. Jest to efekt znajdujących się w skalach mineralow – na tablicy informacyjnej napisane było „silica” ale nnie znam tłumaczenia na polski. A do tego wokół wysokie góry z śniegiem – po prostu tak jak na fotografii obok
Na samym końcu drogi jest MtCook Resort – taka mala osada z kilkoma domami oraz pokojami dla turystow. Stad się wyrusza już bezpośrednio na zdobywanie szczytu bądź w inne szlaki. Ale oczywiście nic nei stoi na przeszkodzie – by na odcinku miedzy glowna droga a ta osada – tj ok 80-100km- znajdowaly się dwa domy rolnikow – srednia odleglosc pomiędzy sąsiadami – 40km. Trzeba było jechać ostrozenie – przebiegly nam bowiem kilka razy owce przez droge i raz krowy.
Chcielismy nocować na jeziorem Takepo – raptem 30 domowi ponoc szybko rozwijające się miasteczko. Niestety najtaniej jak znaleźliśmy to 160 $NZ za pokoj a w dwóch hostelach nie było już miejsca.
Pobyt ograniczyl się wiec do zrobienia zdjęć - małego uroczego kosciolka, zbudownego jeszcze w XIXw na tle zachodzącego slonca i pognaliśmy dalej. Troche w nieznane – bo starszne bezludzie znow nastalo. Na szczęście zawitaliśmy do Kimbel i na samym poczatk miasteczka zobaczyliśmy znak motel. Narobilismy swym przybyciem chyba wiele zamieszania jego wlascicielom, bo trochę musieliśmy poczekać az ktoś się pojawi. Wyszedl bardzo mily pan, który zaprowadzil nas do pokoju – jak zwykle sypialnia z malym aneksem kuchennym. Krzys zajal się przestawianiem samochodu a ja – formalnościami. Jak się wlasciciel dowiedział, ze mamy wlasnie nasz miesiąc miodowy – to od jego zony dostaliśmy az 4 wlasnorecznie upieczone muffiny. Och ciagle mam dylemat – czy czekoladowe czy pomarańczowe były lepsze. Pani była na tyle mila, ze udało mi się z nia dluzej porozmawiać. Znow udalo mi się trochę zaspokoić moja ciekawość. Panstwo wlasciciele maja 6 dzieci (4 corki i 2 synow) – wszyscy sa już dorośli i na swoim. Waznym jest, by dzieci chodzily do dobrej szkoły, która najczęściej jest prywatna – tzn platna i czasami bardzo dużo. Studia tez sa płatne choć można dostać stypendium ale trzeba być bardzo wybitnym. Od dłuższego czasu mysle, ze w Polsce nie doceniamy tego, ze nie trzeba placic za szkoły i uniwersytety - no jedynie koszty utrzymania się w czasie studiow.
Ogolnie w Nowej Zelandii latwo się zyje i nie slyszalam, by ktokolwiek narzekal.
niedziela, 18 listopada 2012
Queenstown - Kimbel sb 10.11.2012
Pozwolilismy sobie na to, by wlaczyc telewizor i obejrzeć tutejsze poranne programy. Telewizja sniadaniowa na takim samym poziomie jak nasze DD TVN a w nim glowny temat dnia: wizyta ksiecia Karola oraz molestowanie seksulane w szkole przez księży. Na szczęście Krzys znalazł maoryski kanal, który nas bardzo wciagnal ale najbardziej Meza relacja meczu koszykówki w tym jezyku. Sluchalam katem – i jest to naprawde dziwne dla ucha. Opuscilismy pokoj dosłownie 5 min przed 10ta, bo to ostatni dzwonek przed godzina check-out’u.
A mieszkaliśmy naprawde w domu na kurzej lapce – to ostatni domek na gorze po lewej stronie, który ma otwarte okno. Widoki na jezioro – niezapomniane i oczywiście uwiecznione przez Meza.
Spakowalismy nasze rzeczy do bagażnika i ruszyliśmy w Qeenstown. Trafilismy na miejscowy targ, gdzie były rzeczy zrobione reczenie w domu. Można było oczywiście nabyc jadeity, obrazy czy tez zdjęcia z Uluru. Mnie zatrzymaly jednak muffiny,
Niestety nie były jadalne :-(, gdyż sa to mydla. Były tez i w innych przedziwnych kształtach. Krzys mi na pamiatke sfotografowal oczywiście. Pomyslowosc miejscowych nie ma granic – przetwarzają wszystko – nawet butelki od piwa, które sa przerabiane na zegarki nascienne.
Były tez miejscowe ubrania, które jak dla mnie były troche w stylu powyciąganych szmat. Na pewno w czyms takim nie wyszłabym na ulice. Można było się tez wymasować – dwa rozlozone na chodniku stoly do masazu i dwie skośnookie panie obslugujace. Popatrzylismy na wszystkie te ludowe dziela, by w końcu zasiąść w knajpce, gdze by dostep do internetu, za który nie trzeba było placic astronomicznych sum. Gdy uzupelnialam bloga – Mąż udal się na przechadzke i oczywiście wrocil z kilkudziesięcioma zdjęciami – miedzy innymi parowca, który nadal plywa tu w celach turystycznych oczywiście. Ale jeszcze kilka slow o knajpie – jedna ze scian w niej ma w sobie kominek – tak ze zarówno wewnątrz knajpy jak i od strony ulicy widać palace się drewno. Na scianach zas bardzo ciekawe informacje skierowane do Klientow (zrobiłam zdjecie specjalnie dla kolegow z pracy:-) )
Zreszta w większości restauracji i pabow jest informacja, by w przypadku dużego spożycia alkoholu skotnaktowac się z kims z obsługi, bo restauracja / pub zapewniają transport do domu. A Nowozelandczycy naprawde dużo pija – spokojnie mogą isc w zawody z nami Polakami i nie wiem naprawde kogo bym obstawila w zakładach, gdyby takie ktoś zrobil.
Po dobrej 1,5h siedzenia na internecie ruszyliśmy dalej – tym razem udaliśmy się do parku, gdzie mogliśmy podziwiać gigantyczne drzewa.
W zyciu nie widziałam takich rozmiarow. Zainteresowalo nie tez jedno, które z daleka wygladalo jak bezlistne a galezie miało jak zwisające rurki. Gdy podeszłam bliżej – okazało się, ze listki sa – tylko to takie male luski nalozene jedna na drugiej.
W Nowej Zelandii zaczela się wlasnie wiosna – wiec wszystko w zieleni i kwitnące. A oprócz tego, co znam z Polski, jest wiele lokalnych cudow, których nazw niestety nie znam. Bardzo podobal mi się krzew z takimi rozow-bordowymi jezorami, a liscie jego przypominaly akacje. Oczywscie mój zachwyt uwiecznil Maz nim zdazylam jakiekolwiek slowo rzec.
Franz Josef - Queenstown pt 9.11.2012
Pozwolilismy dziś sobie dac trochę luzu wreszcie – i pobudka dopiero o 9tej! Spalismy w motelu ok 1km przed Franz Jozef, bo w samym centrum miasteczka turystycznego ceny od 140 $NZ za pokoj. Nam się udało za 99 i to z lazienka oraz ogromnym lozkiem. Jestesmy w gorach tutejszych – wiec i zimniej bardzo ale na szczęście było ogrzewanie elektryczne. Wlaczylismy wreszcie TV – i się okazało, ze nasz urlop zbiegl się z wizyta Ksiecia Karola (ciagle jeszcze pretnedenta do tronu brytyjskiego) w Nowej Zelandii i Australii. Najbardziej zaciekawila nas inforamcja, iż Ksiaze pomagal strzyc owce. Tylko to, co zobaczyliśmy to raczej pomoc w stylu patrzenie, jak inny człowiek to robil. Może to wiec była pomoc w formie wsparcie duchowe? Zadziwijajace, jak wszyscy tu szanują wszystko, co jest brytyjskie i monarcha brytyjska ma tu wielkie powazanie. Troche to dziwne, bo przeciez sa to niepodlegle państwa a jedynie bedace członkami Commonwealth. Jak dla mnie to jakas zasiedzialosc albo kwestia tego, ze choć odrobine zarówno Nowa Zelandia jak i Australia chcą być w Europie, która przecież wyznacza trendy i ma o wiele bogatsza historie w ich mniemaniu.
Samo Franz Josef można okreslic jako baza rozrywki dla turystow – same hotele, puby, knajpy, atrakcje w stylu lot helikopterem nad lodowcem, wejście w góry z rakami i czekanami na lodowiec (niestety tylko i wyłącznie z miejscowym przewodnikiem gorskim).
Oczywiście symbol Nowej Zelandii – obecny i tu w postaci rysunkow na miejscowym sklepie i to na dodatek w kolorze zielonym. Bardzo się to Krzysiowi podobalo, wiec oczywiście zrobil zdjecie. Ciekawa jestem czy w NZ przekroczy 1tys zrobionych zdjęć – jest na dobrej drodze do tego, by to wykonać:-)
Nadszedl wreszcie ten moment, kiedy Maz zarzadzil zakładanie gorskich butow, bo będziemy podchodzić pod lodowiec. Nastawilam się na mega ciezki szlak – a tu tymczasem na pocztaek przejście przez mini dzungle z paprociami. Udalo mi się wyrwac aparat od Krzysia i zrobić kilka zdjęć.
Stwierdzam, ze zrobila się nam mala specjalizacja fotograficzna – Maz to pejzarzysta, zas ja rosliny oraz ludzie. Dobrze chociaż, ze się uzupełniamy a nie wspolzawodniczymy ze sobą, bo jeszcze aparat uleglby zniszczeniom.
Potem weszliśmy w doline polodowcowa z malym strukiem, który w okresie roztopow zamienia się w ogromna rzeke. Z gor zas spadalo wiele wodospadow, gdzie można było zobaczyć male tecze.
Robilo to naprawde niesamowite wrazenie i podziwiam Krzysia, iż potrafil to uwiecznić – dla mnie to wyzsza szkola jazdy.
Droga była bardzo monotonna - ciagle po kamieniach rzecznych ale widnejacy w oddali lodowiec naprawde zachwycal a do tego spiew ptakow i może dwie napotkane pary turystow, co jak na tutjesze warunki można okreslic sporym ruchem.
Dotarlismy może 500m od lodowca i niestety dalej szlak był zagrodzony ze względu na osuwające się kamienie. Nawet na naszych oczach miało miejsce cos takiego – spora czesc skaly z malym gruzem osunela się w doline. Krzysiwoi udalos ie trochę przyblizyc lodowiec i uchwycić kawalek jego jezora.
Sam lodowiec to po prostu mocno ubity snieg, z którego robi się wiecznie zmarznięty lod, który rozpycha skaly. Dzieki temu lodowiec niszczy skaly i swym jezorem przenosi je dalej w psotaci mniejszych kawalkow. W zaleznosci od opadow, temperatur – raz jest większy, czasami krótszy. Dolina, która szliśmy, to tez pozostalosc po dawnym jeziorze lodowca.
Caly szlak zrobiliśmy w około 2,5h. Byloby szybciej, gdyby nie sesje fotograficzne. Czasami dokuczam Mezowi, ze przyjechal na urlop z aparatem a ja jestem tylko dodatkiem:-) Krzys twierdzi, ze przesadzam. No ale najważniejsze, ze jego zamilowanie do gor zostało dziś zaspokojone i uśmiecha się od ucha do ucha. Gdy doszliśmy do celu – to zrobiliśmy sobie mini piknik jedząc zrobione wcześniej kanapki oraz popijając herbate z termosu. On naprawde nam się przydaje – nawet do samochodu robimy sobie herbate i zawsze jest cos cieplego do wypicia.
Kierunek docelowy na dziś – Queenstown – to chyba wiecej niż 200km drogi. Zaczelismy od zjazdow po serpentynach z gor – momentami były on przez dobre 5km. Jeden zjazd to wręcz dobre 10 zakretow i każdy o koncie 180stopni. Przejechalsimy tez przez piękny most liniowy – Krzys choć pedzil to udało mi się zrobić zdjecie.
Potem zjechaliśmy jednak nad wybrzeże zachodnie i teraz mielismy obok siebie po prawej stronie Morze Tasmanskie. Zatrzymalismy się w jednym miejscu, by przejść się choć trochę nadbrzezem i rozprostować nogi.
Nagle na tym bezludziu pojawily się jeszcze ze 3 inne samochody – chyba wszyscy myśleli, ze skoro się tu zatrzymaliśmy to zapewne jest to jakiś punkt widokowy warty zobaczenia. No bo tak wlasnie działa prawo tłumu – jeden zrobi a reszta bezmyślnie powtarza. Udalo mi się zebrac trochę muszelek – ale Maz twierdzi, ze mogą mi je skonfiskować na granicy w Australii. Postanowilam jednak zaryzykować – najwyżej je im oddam i niech sami cos z tym sobie robia.
Poszukujac dostępu do internetu trafilismy do enigmatycznego miasta o nazwie Haas, w którym nie ma nic oprócz supermarketu w srodku miasta oraz gora 30-40 domow wokół.
Zroblismy jedynie podstawowe zakupy, bo bar wycgladal dla nas trochę podejrzanie- woleliśmy nasze kanapki. A supermarket jest chyba centrum cywilizacji w Haas - jest w nim wszystko po trochu z dzialu spożywczo-przemyslowego, komputer z płatnym internetem i drukarka, a nwet skup skor z oposów. Nie wiem, czy pisałam już – ale te zwierzęta sprowadzono to z Asutralii, by hodowac na futerkowe. Niestety wymknely się spod kontroli i tak rozprzestrzenily, iż nawet masowe polowanie na nie nic nie pomaga. Musieliśmy mieć często postoje – znow mam zapalenie pęcherza – zapewne przewiało mnie w gorach, bo siadałam na zimnych kamieniach. Srednio co 30 min trzeba było szukac toalety – a z tymi ciężko,c o widać na zdjęciu, bo potrzeb fizjologicznych nie można niestety zaspokajać w lesie.
Przejechalismy tez przez mile miasteczko – Cardrona, które wylania się po prawie godzinie jazdy przez totalne pustkowie. Powod zatrzymania się oczywisty – były toalety! Ale zainteresowaly nas dwa stare budynki, które były odnowione – to była dawana szkola i domek nauczycielski. Obecnie sa wlasnoscia miasteczka i sluza jako miejsce spotkan. No coz – przy nowozelandzkich funkcjonalnych domkach ciężko byłoby zrobić spotkanie wiecej niż 10 osob. Zaczelam zastanawiać się – jak tu wygladaja sluby oraz gdzie się ludzie poznają. Mąż jak zwykle ma odpowiedz na wszystkie moje dziwne pytania – ludzie musza się poznawać w szkole albo jeśli wyjada na dluzej do miasta na studia czy tez do pracy. Chyba ma tu racje. Gdyby tak moc dluzej porozmawiać z miejscowym to byłoby super.
Droga do Queenstown zaczela biec przez rejony naprawde mało zaludnione i z mala iloscia wody – góry i jeszcze raz góry, pagórki a na nich takei brazowe, jakby wysuszone trawy.
Dotarlismy do celu o zachodzie slonca nad tutejeszym jeziorem Wakatipu (te maoryskie nazwy sa strasznie trudne do zapamiętania). Znow recepcje w dwóch hotelach zamknięte i jedynie karteczka gdzie dzwonic w sprawach nagłych. Na szczęście w trzecim recepcja była otwarta jeszcze i dostalismy pokoj – taki domek na kurzej lapce ale za to z widokiem na jezioro.
Wieczorem nastapil czas na przepierki ubraniowe oraz obejrzenie w TV kolejnej relacji z wiztyt ksiecia Karola – w każdych wiadomościach to najwazniejsza informacja dnia. Druga zas – ze 2 osoby uciekly z tutejszego wiezienia i sa to grozi przestępcy. N a szczęście my ich nie braliśmy jako autostopowiczów:-)
wtorek, 13 listopada 2012
Omau – Franz Josef czw 8.11.2012
Plan był, by wstać rano i pojsc na plaze…. A ostatecznie skonczylo się na sniadaniu o 7 rano u naszych gospodarzy w ich domu. Tak jak podejrzewaliśmy – domy sa domieszkania i maja być wygodne a nie do gromadzenia wielu zbytecznych rzeczy (chyba musze przejrzeć swoje rzeczy, bo sporo z nich lezy bezużytecznie) czy tez posiadaniu dużej liczby pokoi. Wewnatrz było wiec bardzo praktycznie – pokoj gościnny z TV i dużym telewizorem oraz polka z książkami, do tego mala kuchnia…. Do reszty nei zagladalismy, bo pewnie to była sypilania i toaleta gospodarzy. A swiat jest bardzo maly – bo okazało sie, ze siostrzenica pani wlascicielki ma meza Polaka i mieszkają razem w Australii. Poznali się, gdy ta siostrzenica zwiedzala Europe i zawitala do Polski. Pani wcyhwalala Krakow – ze slyszala, iż jest bardzo piękny. To juz drugi akcent polski – pierwszy w wiosce Maorysow (tych od tej 27literowej nazwy), gdzie pani sprzedajaca bilety z duma powiedziała, ze babcia jej meza była z Polski i miała na nazwisko Moscicki. Chyba nie ma skrawka ziemi, żeby nie znaleźć cos z Polska związanego.
Ponieważ byliśmy blisko wybrzeża – poszliśmy na plaze z nadzieja, ze zobaczymy pingwiny…. Niestety nawinela się nam miejscowa weka, która na zdjęciu obok.
Dotarliśmy az do ruin starej latarni morskiej, gdzie obok jest już nowa – zasilana promieniami słonecznymi. Przeszlismy sporo plaza z nadzieja na znalezienie pingwinow – niestety jedyny akcent z nimi to napotkany znak informacyjny. Mamy nadzieje, ze moze gdzies indziej uda się je nam zobaczyć.
Kilka kilometrow dalej był drogowskaz na kolonie fok – wiec oczywiście skrecilismy. Tu dopisalo nam szczęście – bo wylegiwaly się one na sloncu na nadbrzeżnych kamieniach. Poczatkowo nie sposób było cokolwiek zauwazyc, bo tak swietnie były wpasowane do otaczajacyh je kamieni.
Od czasu do czasu wydawaly jakies odlgosy – jakby prowadzily miedzy sobą konwersacje a inne lezaly rozleniwione od czasu do czasu poruszając tylnymi pletwami . Krzys zrobil im cala serie zdjęć – wiec obok fotka pt: ile fok na zdjęciu jest uwiecznionych:-) Czekamy na odpowiedzi.
Ostatnim pingwinim akcentem – był znak drogowy, który napotkaliśmy po drodze – nie mogłam się oprzec, by nie mieć fotki z taki ostrzeżeniem.
Kolejny punkt zwiedzania zawdzięczamy Marcinowi Blonskiemu i pokazanym przez niego zdjęciom z Punakaiki – czyli w skrocie mowiac skaly naleśnikowe. Natura nas znow zadzwila swym pięknem – po prostu sa to skaly, gdzie nalozone sa na siebie poziomo rozne typy skal i erozja tak podzialala, ze wygladaja one teraz jak polozone jedne na drugi naleśnik.
Obok zas Morze Tasmanskie z piekna niebiesko-szmaragodowa woda. Calosci dopelniaja oczywiście latające mewy i rozne zielone rosliny. Jest tu jak w raju…. tylko jak zwykle należy przejsc wyznaczonym szlakiem i nie można wychodzić poza ogrodzenie. Takie nasze wspólne spostrzeżenie, ze wszystko jest w Nowej Zelandii ogrodzone – nie da rady nawet wejść do lasu, bo sa one prywatne, polezec na lace również – bo jest ogrodzona. Z drugiej storny w miescie domy nie maja wcale zadnych siatek – czasami może max 50cm murku w charakterze raczej ozdoby niż w funkcji pelnienia ogrodzenia. Nawet jeśli jest się w lesie w parku krajobrazowym to należy poruszać się wyłącznie po wyznaczonej trasie.
Odwiedzilismy również tutjeszy las – jaknajbardziej tylko i wyłącznie idąc wyznaczona trasa, by moc poznac rosnące tu rosliny, gdzy była specjalna sciezka edukacyjna z opisaniem poszczególnych drzew i krzewow. Najbardziej charakterystyczne dla Nowej Zelandii sa paprocie, ktore
z daleka wygladaja w pierwszej chwili jak palmy. Dopiero, gdy podjedzie się bliżej, można zauwazyc ze to taka nietypowa paproc. Sa one naprawde gigantycznych rozmiarow – bywaja 3-5 krotnie wyższe niż ja (należy pamietac, ze mam 154cm wzrostu a Krzys twierdzi ze maja niektóre okazy wiecej niz 10m). Oprocz tego rosna tu tez palmy – tylko ciut inne niż te w Afryce i zgodnie z przeczytanymi informacjami – jest to jedyna palma na swiecie rosnaca w swym naturalnym srodowisku.
Jechalismy droga wzdłuż zachodniego wybrzeża i nasze oczy widzialy często widoki prosto na pocztowke. Najczesciej powtarzanym przez nas zdaniem było „Ale tu jest pięknie!”.
Zaczelismy nawet szukac synonimow do „pięknie” ale lista ich naprawde jest krotka. Widoki z zza okna samochodu były tak jak te na fotografii obok – niestety tylko woda zimna jeszcze, bo ok 20C na zewnątrz i bardzo wietrzenie.
Udalo mi się tez wyrwac z rak Meza aparat fotograficzny – i zrobić mu choć kilka zdjęć, żeby nie było tak, ze szewc zawsze boso chadza. Poza tym musza być jakies dowody na to, ze podróżujemy razem a nie tylko ja z jakims paparazzim.
Niestety ale dzisiejsza pingwionowa przygoda się nie skonczyla – spotkaliśmy bowiem w Greymouth trochę niekonwencjonalnego manekina. Tym samym oprócz kiwi i paproci (lisc paproci znajduje się na okładkach nowozelandzkich paszportow) – pingwin dolaczyl do symbolow Nowej Zelandii. Samo miasto laczy swa historie powstania ze znajdującymi się tu zlozami wegla, które sa do tej pory eksploatowane. W samym zas centrum – może gora 10 budynkow z datami pwostana przełom XIX / XXw. My jednak będziemy kojarzyć je z trzema rzeczami:
- dziwnym samochodem napotkanym na jednej z ulic
Czy w ogóle „to” można nazwać samochodem, bo nie jest to produkcja seryjna chyba?
- pierwszy raz natknelismy się policje – i to od razu 2 panow na sluzbie. Stali na ulicy kolo psa przywiązanego do latarnii przy knajpie. Zaczeli szukac wlasciciela psa, gdyż stal on na sloncu i był bez kagańca zadnego, wiec mogl ugryźć przechodnia. Szybko zlokalizowano posiadacza psa i wypisano mu mandat.
- przeswietna knajpa Meggie’s Kitchen, gdzie zjedliśmy nasz obiad, czyli typowe nowozelandzie potrawy: fish&chip (ryba z frytkami) oraz burger.
Obsluge stanowią tu same panie – i to glownie w wieku 50lat+. Wszystkie sa ze sobą bardzo zaprzyjaźnione i wygląda to, jakby kilka koleżanek się skrzyknelo i prowadzilo taki barek. Wszystkie bardzo usmiechniete i przemile, gotowe pomoc we wszystkim. Mnie raczej zastanowilo to, iż panie w wieku 70+ nadal pracują. Czy to wynik tego, ze nie ma kto pracować, bo młodzi wyjechali do dużych miast bądź wyemigrowali do pobliskiej Australii, a moze raczej sposób na zycie, by po emeryturze nie siedzieć samemu w domu. Niestety mamy zbyt mało kontaktow z miejscowymi, by moc choć torche pomeczyc ich nurtującymi nas pytaniami co do Nowej Zelandii. Nie wszystko można znaleźć przecież na gogle czy Wikipedii.
Dzieki poleceniu pani z punktu informacyjnego w Punakaiki trafiliśmy w przecudowne miejsce – Hokitika George Bridge. Co prawda droga wiodla pprzez ogromna doline, gdzie średnio raz na 5-10min jazdy pojawial się jakiś dom posrod pol uprawnych i oczywiście pastwisk z owcami i krowami. Ostatni fragment drogi to szrut. Ale dotarliśmy do najwilgotniejszego miejsca w Nowej Zelandii – 12m (tak metrow!) opadow rocznie. Nam się udało trafic, jak swiecilo slonce :-)
Szlak wiodl poprzez las, a potem nad rzeke, gdzie był piękny most linowy. Jak się stanelo pośrodku i zaczelo bujac – to można go było bardzo rozbujać, ze nie sposób isc po nim równo. Potem znow trochę przez las wzdłuż rzeki, która robila się coraz bardziej szmaragodowa. Jak do tej pory dla mnie przejście rpzez ten most to najpiękniejsze wrazenie z całej Nowej Zelandii. Maz ma inny swój ulubiony punkt – ale o tym później.
Chcialabym troche jeszcze napisac o tym, jak Krzys i ja postrzegamy miejscowych ludzi. To sa indywidualiści – co można zobaczyć po skrzynkach na listy.
Kazda jest inna i pokazuje gospodarza. Sa one zazwyczaj stojące przy drodze a dom gdzies 2km od drogi w oddali. Zdarzaja się skyrznki zrobione na zasadzie „recyclingu” – czyli zrobione własnym sumptem z jakichś metalowych resztek albo drewiniane w ksztalcie karmnika czy tez budki dla psa.
Po prostu - zawrot glowy od ich niekonwencjonalności. W miejscowości Ross trafiliśmy jeszcze na bardzo nietypowy dom – ogrodzenie w rejestracjach samochodow glownie z USA a wokół domu zbieractwo najróżniejsze – od starych sprzetow rolniczych poprzez z tylu podobiznę zapewne wlasciciela w stroju do rugby.
Jakby nie bylo rugby jest tu dla panow tym czym pilka nozna w Europie. Najlepsza druzyna nazywa się tu Blacks (Czarni) i często na domach, scianach można spotkać napisy „All for Blacks” – i przynamniej nie chodzi tu o czarnoskóre osoby tylko te wlasnie druzyne. Na czym polega rugby – nie zglebialam, bo zapewne jakies skomplikowane zasady. Kolejnym sportem uprawianym naologowo jest tu obstawianie koni. Jak byliśmy we wtorek w Wanganui i weszlimy do knajpki na kawe, to trafiliśmy na transmisje wyscigow. Wewenatrz siedziało kilkanaście pan mocno rozemocjowanych, które nei odrywaly oczu od ekranu telewizyjnego i często zagladaly do gazety – tam pewnie był spisw wszystkich gonitw. To była transmisja z Australii (wyścigi sponsorowane przez uwaga: Emirate Airlines!!!), gdzie na trybunach siedziały panie w ogromnych kapeluszach. Zapewne to odpowiednik Ascot w Wielkiej Brytanii. Mimo wszystko Nowa Zelandia jest bardzo brytyjska – poza angielskim, który ma mało zrozumialy akcent i trzeba się wsluchiwac bardzo.
Wracajac jednak do Ross – to zobaczyliśmy tam jeszcze jeden dziw – slub z wiatraczkami plastikowymi.
O co w tym chodzi – nie mamy pojęcia, chyba po prostu komus się tak zachciało i już – miał ochote to zrobil. Zaczelismy isc na szlak dawnych poszukiwaczy zlota – ale po 20min zrezygnowaliśmy, gdyż szlak trwalby ok 2h a nas jednak gna do prozdu, bo musimy dotrzeć do lodowca Frnaz Josef, który czeka na nas jutro.
Zgodnie z drogowskazem w Ross – pognaliśmy tymi prostymi jak stol ulicami zostawiając miasteczko za sobą. Takie typowe dla Nowej Zelandii – male, z okresme swietnosci, który dawno temu minal i obecnie dla wielu stanowi juz raczej wioske.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Wellington – Omau - sr 7.11.2012
Dzis pobudka o niebotycznej godzinie, bo o 5.30 rano. Musimy bowiem być sporo wcześniej (na 1,5h przed odplunieciem promu sa bowiem zamykane bramki wjazdowe) przed odplynieciem promu z Wellington do Picton, które jest już na południowej
wyspie. Na szczęście od hotelu do promu mielismy tylko 5min drogi samochodem oraz nie musieliśmy się martwic o bilety,bo te dostalismy w pakiecie z wypożyczanym samochodem. Troche się jednak w kolejce naczekalismy, bo przecież trzeba było jakos te samochody upchac na kilku poziomach promu.
Jak się okazało plynelismy największym promem kursującym pomiędzy wyspami, na którym jest wiele atrakcji na ok 2,5h plyniecia przez cieśnine Cooka’a. Sa do dyspozycji pub, restauracja, bar, pokoje do spania, pomieszczenie z mega wygodnymi fotelami do odpoczywania, kilka tarasow widokowych. My się zakotwiczyliśmy na takim krytym tarasie widokowym (no coz jestem zmarzluchem) a ja probowalam opisac nasze pierwsze dni urlopu a Krzys oddal się swej nawjekszej pasji – fotografii.
Nowozelandczycy maja swietne poczucie humoru i duzy dystans do wielu rzeczy – przynajmniej to tak wygląda z boku. Stad wiele dziwnych rzeczy – jak na przykład reklama zapraszajaca do przespania się w czasie podrozy promem
Widoki były naprawde piękne, bo doplywajac do Pincton można zobaczyć wiele porozrzucanych wysepek oraz polwyspow o bradzo długiej linii brzegowej z racji nierownosci. Wszystko jest porosniete zielonymi drzewami (tu wlasnie wiosna zawitala) albo czasami jakies kawałki ostrych, brazowych skal. Czesciej jednak przewazaja plaskie pagórki.
Na promie ogormny ruch panowal a czesc osob rozlozyla się nawet na otomanach w restauracji ucinając sobie dluzsza drzemke. Wialo strasznie – a niektóre osoby były w krotkich spodenkach, co powodowalo, ze mi robilo się jeszcze bardzej zimno. A miejscowi – prawie po całym pokładzie zasuwalo na bosaka!
Trudno tez spotykać osobe w 100% maoryska – jeśli juz to sa jakies mieszkani z innymi rasami – glownie zapewnie z Brytyjczkami. Bardoz często Maorysi sa bardzo wytatuowani – zdarza się, ze panie maja na podbródkach również tatuz. Troche dziwnie to wygląda, zwłaszcza jak osoba jest ubrana w normalne jak u nas ubrania a nie jakies ludowe.
Prom dobil ok 11.40 do Picton, w którym jednak się nie zatrzymaliśmy tylko od razu pojechalsimy do Nelson - dużego miasta na wybrzeżu. Nareszcie jakas styczność z uliczkami, które można nazwac starym miastem.
Ponieważ osadnictwo „białych” jest tu dopiero od XIXw, wiec miasta w większości sa zaplanowane w bardzo prosty sposób – czyli wszystko prosto i pod katem prostym oraz bardzo szeroko. Brak charakterystycznych dla Europy zakrzywień, zakretow, bardzo wąskich uliczek. Mielismy szczęście – bo wyjątkowo nie padalo i było piękne slonce, wiec ja czułam się jak w swoim żywiole podczas gdy Maz był lekko spiacy i robil wszystko w trybie okreslanym przeze mnie jako „polsen” i udało mu się nie zgubic nic z noszonych rzeczy: aparatu, przewodnika, bagietki i czapki
Pospacerowalsimy sobie – dotarliśmy nawet do tutejszego ogrodu oraz ogromnego budynku muzeum. Spodobala się tez nam tutejsza katedra anglikanska.
Na tablicy informacyjnej dokładne wyjaśnienia, kto jest kim w parafii – uwaga jednym z księży jest pani! Wokół kościoła był piękny ogrod oraz długie schody do niego prowadzące, na których siedziało mnóstwo nastolatkow. Jakos jak dla nas byli wyjątkowo cisi i bardziej normalni niż w Polsce. Duzo z nich było ubranych w szkolne mundurki – czyli pewnie wysiedli ze szkolnego busu jeszcze nie chcieli wracac do domu.Zaczelo nam trochę burczeć w brzuchach – wiec siedliśmy w miejscowej knajpie o nazwie Lambretta’s
Byliśmy mało konwencjonalni, bo zamowilismy pizze ale za to z baranina – no skoro tu jest tyle owiec, to trzeba sprobowac jak one smakują. Miala być w wielkosci XXL…. tylko jak ja zaobaczylismy to był to odpowiednik naszej sredniej. Trzeba się jeszcze przyzwyczaić do mega długiego czekania na zamówione rzeczy – mam nadzieje, ze to gwarantuje, iż wszystko jest robione w czasie naszego oczekiwania i bez wykorzystania mikrofalówki. Srednio za obiad cena wynosi ok 14$NZ na 1 osobe – czyli porównywalnie jak w polskich bardzo dobrych restauracjach. Benzyna ok 2$NZ za litr – czyli ok 5,5 zl za 1 litr ale o dziwo – ropa – to tylko 1,5$NZ za litr, wiec bardzo duza roznica, bo w RP sa to porównywalne poziomy cenowe.
Udalismy się dalej w nasza podróż – kierunek Westport - i dalejja za kierownica! Nie jest trudno – drogi sa puste i tylko trzeba uwazac na wpadające dzikie ptactwo oraz oposy, które sa tu prawdziwa plaga. Sa to zwierzątka wielkosci naszych kun czy tchórzy. Zostaly tu sprowadzone z Australii, by hodowac je ze względu na futro. A jak to bywa – kilka sztuk się wymknelo z farm i rozpoczelo zycie na wlasna reke mnazac się na ogromna skale i niszcząc miejscowa faune. Odstrzeliwanie ich nie wiele pomoglo – nadzieja teraz chyba jedynie w tym, ze będą często przechodzić przez ulice i wpadac pod kola samochodowe.
Jadac można dostać oczoplasu od liczby owiec ora pasących się krow.
Jednym i drugim należy zazdroscic warunków – maja bowiem wybiegi o wielkości kilku hektarow i dużo swiezego powietrza, bo polskie bydlo po wejściu Polski do EU cale zycie spedza w oborze i często nie widzi slonca ani nieba. Dzis rozwiazala się nam także zagadka – po co czasami leza stery starych opon na polu, co mnie przynajmniej bardzo nurtowało. Otoz zebrane siano czy tez slome nakrywa się folia, na która układa się opony, by wiatr jej nie rozciagal ani nie porwal gdzies.
Po drodze zaliczyliśmy jeszcze kolejne wypadniecie prawej przedniej lampy w samochodzie – tym razem sprobowalismy naprawić to gumka recepturka – zobaczymy ile czasu to rozwiązanie wytrzyma. Zabralismy tez autostopowicza – z nadzieja wielka, ze to będzie miejscowy, by więcej wydobyc informacji o tym kraju. To jest to, czego mi bardzo brakuje – kontaktu z miejscowymi, który w naszym przypadku ogranicza się jedynie do spotkać z obsluga moteli oraz restauracji czy tez sklepow. Chcialoby się wiecej czasu spedzic na rozmowie, by chociaż poznac relacje „biali osadnicy” – Maorysi, sytuacje ekonomiczna – czy ciężko tu zyc, itd. Nam się strafil Spencer z Washington State (czyli ze stanu Waszyngton i absolutnie nie mylic ze stolica Waszyngton!) a obecnie mieszkajacy w Kalifornii. Majac dopiero 21 lat wybral się w pierwsza swoja podróż daleka i chce pobyc w Nowej Zelandii jakies pol roku – dostal bowiem prace w hostelu w Christchurch. Jechal z gitara – wiec zaczelismy rozmawiać o muzyce i szybko wyszlo, ze lubi klasyczna. Krzys miał wiec okazje porozmawiać o roznych kompozytorach a najciekawsze jest to, ze Spencer uwazal Chopina za Francuza ale oczywiście wyprowadziliśmy go z bledu. Maz zrobil mu „mini wykład” na temat utworow – mamy wiec nadzieje, ze chłopak będzie mogl teraz zablysnac wiedza. Autostopowicza wysadziliśmy na krzyżówce , gdyż my się udawaliśmy do Westport .
Ponieważ było już po 17tej – to miasto wygladalo jak wymarle – nawet żadna knajpa nie była otwarta, by moc wypic kawe czy herbate. Pozostalo nam jedynie przejść się uliczkami, by Maz mogl zrobić zdjęcia w kolorach zachodzącego slonca. Oczywiście jak w każdym miasteczku był tu również Memorial Hall (Pokoj pamięci), gdzie z reguly sa fotografie, tablice z imionami osob z danej miejscowości i okolicy, które zginely w czasie I i II wojny swiatowej na froncie. Obecnie te budynki sluza także jako sale, gdzie maja miejsce ważne dla spolecznosci wydarzenia.
Mi najbardziej podobal się budynek dawnej biblioteki, bo miał w sobie to cos i chyba był jedynym ostatkiem po dawnej swietnosci tego miasta. Postanowilismy pojechać dalej, ponieważ w miescie nic się nie dzialo i nie było nawet nikogo, by moc się o cos spytac. Jak zwykle zaryzykowaliśmy, ze znajdziemy jakiś motel po drodze. Trafilismy na prawdziwe cudo – widok z okien na nature i prawie nic wokół. Omau dosłownie 3 czy 4 domy stojące pośrodku głuszy i nic wokół i nawet nie ma go na dużej mapie Nowej Zelandii. Motel prowadzi malzenstwo w wieku ok 45-50 lat i maja jedynie 8 mini apartamentow – czyli pokoj z lazienka i anekesem kuchennym. A wokół drzewa, spiew ptakow i chodzące wokół weka. To ptak podobny do kiwi – tylko trochę większy, również bez skrzydel i przypominający nasza kure, jeśli chodzi o wielkość. Ma dlugi dziob i bardzo szybko ucieka ale jednocześnie jest bardzo ciekawski – prawie wcale się nas nie bal i blisko podchodzil.
Jedyne nieszczescie dnia – Krzys zostawil wczoraj na stacji benzynowej karte kredytowa. Jednak nei jest zle – tylko 900zl zostało na niej do wydania a osoba na stacji będzie przynajmniejmiala jakas pamiatke z Polski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
