wtorek, 13 listopada 2012
Omau – Franz Josef czw 8.11.2012
Plan był, by wstać rano i pojsc na plaze…. A ostatecznie skonczylo się na sniadaniu o 7 rano u naszych gospodarzy w ich domu. Tak jak podejrzewaliśmy – domy sa domieszkania i maja być wygodne a nie do gromadzenia wielu zbytecznych rzeczy (chyba musze przejrzeć swoje rzeczy, bo sporo z nich lezy bezużytecznie) czy tez posiadaniu dużej liczby pokoi. Wewnatrz było wiec bardzo praktycznie – pokoj gościnny z TV i dużym telewizorem oraz polka z książkami, do tego mala kuchnia…. Do reszty nei zagladalismy, bo pewnie to była sypilania i toaleta gospodarzy. A swiat jest bardzo maly – bo okazało sie, ze siostrzenica pani wlascicielki ma meza Polaka i mieszkają razem w Australii. Poznali się, gdy ta siostrzenica zwiedzala Europe i zawitala do Polski. Pani wcyhwalala Krakow – ze slyszala, iż jest bardzo piękny. To juz drugi akcent polski – pierwszy w wiosce Maorysow (tych od tej 27literowej nazwy), gdzie pani sprzedajaca bilety z duma powiedziała, ze babcia jej meza była z Polski i miała na nazwisko Moscicki. Chyba nie ma skrawka ziemi, żeby nie znaleźć cos z Polska związanego.
Ponieważ byliśmy blisko wybrzeża – poszliśmy na plaze z nadzieja, ze zobaczymy pingwiny…. Niestety nawinela się nam miejscowa weka, która na zdjęciu obok.
Dotarliśmy az do ruin starej latarni morskiej, gdzie obok jest już nowa – zasilana promieniami słonecznymi. Przeszlismy sporo plaza z nadzieja na znalezienie pingwinow – niestety jedyny akcent z nimi to napotkany znak informacyjny. Mamy nadzieje, ze moze gdzies indziej uda się je nam zobaczyć.
Kilka kilometrow dalej był drogowskaz na kolonie fok – wiec oczywiście skrecilismy. Tu dopisalo nam szczęście – bo wylegiwaly się one na sloncu na nadbrzeżnych kamieniach. Poczatkowo nie sposób było cokolwiek zauwazyc, bo tak swietnie były wpasowane do otaczajacyh je kamieni.
Od czasu do czasu wydawaly jakies odlgosy – jakby prowadzily miedzy sobą konwersacje a inne lezaly rozleniwione od czasu do czasu poruszając tylnymi pletwami . Krzys zrobil im cala serie zdjęć – wiec obok fotka pt: ile fok na zdjęciu jest uwiecznionych:-) Czekamy na odpowiedzi.
Ostatnim pingwinim akcentem – był znak drogowy, który napotkaliśmy po drodze – nie mogłam się oprzec, by nie mieć fotki z taki ostrzeżeniem.
Kolejny punkt zwiedzania zawdzięczamy Marcinowi Blonskiemu i pokazanym przez niego zdjęciom z Punakaiki – czyli w skrocie mowiac skaly naleśnikowe. Natura nas znow zadzwila swym pięknem – po prostu sa to skaly, gdzie nalozone sa na siebie poziomo rozne typy skal i erozja tak podzialala, ze wygladaja one teraz jak polozone jedne na drugi naleśnik.
Obok zas Morze Tasmanskie z piekna niebiesko-szmaragodowa woda. Calosci dopelniaja oczywiście latające mewy i rozne zielone rosliny. Jest tu jak w raju…. tylko jak zwykle należy przejsc wyznaczonym szlakiem i nie można wychodzić poza ogrodzenie. Takie nasze wspólne spostrzeżenie, ze wszystko jest w Nowej Zelandii ogrodzone – nie da rady nawet wejść do lasu, bo sa one prywatne, polezec na lace również – bo jest ogrodzona. Z drugiej storny w miescie domy nie maja wcale zadnych siatek – czasami może max 50cm murku w charakterze raczej ozdoby niż w funkcji pelnienia ogrodzenia. Nawet jeśli jest się w lesie w parku krajobrazowym to należy poruszać się wyłącznie po wyznaczonej trasie.
Odwiedzilismy również tutjeszy las – jaknajbardziej tylko i wyłącznie idąc wyznaczona trasa, by moc poznac rosnące tu rosliny, gdzy była specjalna sciezka edukacyjna z opisaniem poszczególnych drzew i krzewow. Najbardziej charakterystyczne dla Nowej Zelandii sa paprocie, ktore
z daleka wygladaja w pierwszej chwili jak palmy. Dopiero, gdy podjedzie się bliżej, można zauwazyc ze to taka nietypowa paproc. Sa one naprawde gigantycznych rozmiarow – bywaja 3-5 krotnie wyższe niż ja (należy pamietac, ze mam 154cm wzrostu a Krzys twierdzi ze maja niektóre okazy wiecej niz 10m). Oprocz tego rosna tu tez palmy – tylko ciut inne niż te w Afryce i zgodnie z przeczytanymi informacjami – jest to jedyna palma na swiecie rosnaca w swym naturalnym srodowisku.
Jechalismy droga wzdłuż zachodniego wybrzeża i nasze oczy widzialy często widoki prosto na pocztowke. Najczesciej powtarzanym przez nas zdaniem było „Ale tu jest pięknie!”.
Zaczelismy nawet szukac synonimow do „pięknie” ale lista ich naprawde jest krotka. Widoki z zza okna samochodu były tak jak te na fotografii obok – niestety tylko woda zimna jeszcze, bo ok 20C na zewnątrz i bardzo wietrzenie.
Udalo mi się tez wyrwac z rak Meza aparat fotograficzny – i zrobić mu choć kilka zdjęć, żeby nie było tak, ze szewc zawsze boso chadza. Poza tym musza być jakies dowody na to, ze podróżujemy razem a nie tylko ja z jakims paparazzim.
Niestety ale dzisiejsza pingwionowa przygoda się nie skonczyla – spotkaliśmy bowiem w Greymouth trochę niekonwencjonalnego manekina. Tym samym oprócz kiwi i paproci (lisc paproci znajduje się na okładkach nowozelandzkich paszportow) – pingwin dolaczyl do symbolow Nowej Zelandii. Samo miasto laczy swa historie powstania ze znajdującymi się tu zlozami wegla, które sa do tej pory eksploatowane. W samym zas centrum – może gora 10 budynkow z datami pwostana przełom XIX / XXw. My jednak będziemy kojarzyć je z trzema rzeczami:
- dziwnym samochodem napotkanym na jednej z ulic
Czy w ogóle „to” można nazwać samochodem, bo nie jest to produkcja seryjna chyba?
- pierwszy raz natknelismy się policje – i to od razu 2 panow na sluzbie. Stali na ulicy kolo psa przywiązanego do latarnii przy knajpie. Zaczeli szukac wlasciciela psa, gdyż stal on na sloncu i był bez kagańca zadnego, wiec mogl ugryźć przechodnia. Szybko zlokalizowano posiadacza psa i wypisano mu mandat.
- przeswietna knajpa Meggie’s Kitchen, gdzie zjedliśmy nasz obiad, czyli typowe nowozelandzie potrawy: fish&chip (ryba z frytkami) oraz burger.
Obsluge stanowią tu same panie – i to glownie w wieku 50lat+. Wszystkie sa ze sobą bardzo zaprzyjaźnione i wygląda to, jakby kilka koleżanek się skrzyknelo i prowadzilo taki barek. Wszystkie bardzo usmiechniete i przemile, gotowe pomoc we wszystkim. Mnie raczej zastanowilo to, iż panie w wieku 70+ nadal pracują. Czy to wynik tego, ze nie ma kto pracować, bo młodzi wyjechali do dużych miast bądź wyemigrowali do pobliskiej Australii, a moze raczej sposób na zycie, by po emeryturze nie siedzieć samemu w domu. Niestety mamy zbyt mało kontaktow z miejscowymi, by moc choć torche pomeczyc ich nurtującymi nas pytaniami co do Nowej Zelandii. Nie wszystko można znaleźć przecież na gogle czy Wikipedii.
Dzieki poleceniu pani z punktu informacyjnego w Punakaiki trafiliśmy w przecudowne miejsce – Hokitika George Bridge. Co prawda droga wiodla pprzez ogromna doline, gdzie średnio raz na 5-10min jazdy pojawial się jakiś dom posrod pol uprawnych i oczywiście pastwisk z owcami i krowami. Ostatni fragment drogi to szrut. Ale dotarliśmy do najwilgotniejszego miejsca w Nowej Zelandii – 12m (tak metrow!) opadow rocznie. Nam się udało trafic, jak swiecilo slonce :-)
Szlak wiodl poprzez las, a potem nad rzeke, gdzie był piękny most linowy. Jak się stanelo pośrodku i zaczelo bujac – to można go było bardzo rozbujać, ze nie sposób isc po nim równo. Potem znow trochę przez las wzdłuż rzeki, która robila się coraz bardziej szmaragodowa. Jak do tej pory dla mnie przejście rpzez ten most to najpiękniejsze wrazenie z całej Nowej Zelandii. Maz ma inny swój ulubiony punkt – ale o tym później.
Chcialabym troche jeszcze napisac o tym, jak Krzys i ja postrzegamy miejscowych ludzi. To sa indywidualiści – co można zobaczyć po skrzynkach na listy.
Kazda jest inna i pokazuje gospodarza. Sa one zazwyczaj stojące przy drodze a dom gdzies 2km od drogi w oddali. Zdarzaja się skyrznki zrobione na zasadzie „recyclingu” – czyli zrobione własnym sumptem z jakichś metalowych resztek albo drewiniane w ksztalcie karmnika czy tez budki dla psa.
Po prostu - zawrot glowy od ich niekonwencjonalności. W miejscowości Ross trafiliśmy jeszcze na bardzo nietypowy dom – ogrodzenie w rejestracjach samochodow glownie z USA a wokół domu zbieractwo najróżniejsze – od starych sprzetow rolniczych poprzez z tylu podobiznę zapewne wlasciciela w stroju do rugby.
Jakby nie bylo rugby jest tu dla panow tym czym pilka nozna w Europie. Najlepsza druzyna nazywa się tu Blacks (Czarni) i często na domach, scianach można spotkać napisy „All for Blacks” – i przynamniej nie chodzi tu o czarnoskóre osoby tylko te wlasnie druzyne. Na czym polega rugby – nie zglebialam, bo zapewne jakies skomplikowane zasady. Kolejnym sportem uprawianym naologowo jest tu obstawianie koni. Jak byliśmy we wtorek w Wanganui i weszlimy do knajpki na kawe, to trafiliśmy na transmisje wyscigow. Wewenatrz siedziało kilkanaście pan mocno rozemocjowanych, które nei odrywaly oczu od ekranu telewizyjnego i często zagladaly do gazety – tam pewnie był spisw wszystkich gonitw. To była transmisja z Australii (wyścigi sponsorowane przez uwaga: Emirate Airlines!!!), gdzie na trybunach siedziały panie w ogromnych kapeluszach. Zapewne to odpowiednik Ascot w Wielkiej Brytanii. Mimo wszystko Nowa Zelandia jest bardzo brytyjska – poza angielskim, który ma mało zrozumialy akcent i trzeba się wsluchiwac bardzo.
Wracajac jednak do Ross – to zobaczyliśmy tam jeszcze jeden dziw – slub z wiatraczkami plastikowymi.
O co w tym chodzi – nie mamy pojęcia, chyba po prostu komus się tak zachciało i już – miał ochote to zrobil. Zaczelismy isc na szlak dawnych poszukiwaczy zlota – ale po 20min zrezygnowaliśmy, gdyż szlak trwalby ok 2h a nas jednak gna do prozdu, bo musimy dotrzeć do lodowca Frnaz Josef, który czeka na nas jutro.
Zgodnie z drogowskazem w Ross – pognaliśmy tymi prostymi jak stol ulicami zostawiając miasteczko za sobą. Takie typowe dla Nowej Zelandii – male, z okresme swietnosci, który dawno temu minal i obecnie dla wielu stanowi juz raczej wioske.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Wellington – Omau - sr 7.11.2012
Dzis pobudka o niebotycznej godzinie, bo o 5.30 rano. Musimy bowiem być sporo wcześniej (na 1,5h przed odplunieciem promu sa bowiem zamykane bramki wjazdowe) przed odplynieciem promu z Wellington do Picton, które jest już na południowej
wyspie. Na szczęście od hotelu do promu mielismy tylko 5min drogi samochodem oraz nie musieliśmy się martwic o bilety,bo te dostalismy w pakiecie z wypożyczanym samochodem. Troche się jednak w kolejce naczekalismy, bo przecież trzeba było jakos te samochody upchac na kilku poziomach promu.
Jak się okazało plynelismy największym promem kursującym pomiędzy wyspami, na którym jest wiele atrakcji na ok 2,5h plyniecia przez cieśnine Cooka’a. Sa do dyspozycji pub, restauracja, bar, pokoje do spania, pomieszczenie z mega wygodnymi fotelami do odpoczywania, kilka tarasow widokowych. My się zakotwiczyliśmy na takim krytym tarasie widokowym (no coz jestem zmarzluchem) a ja probowalam opisac nasze pierwsze dni urlopu a Krzys oddal się swej nawjekszej pasji – fotografii.
Nowozelandczycy maja swietne poczucie humoru i duzy dystans do wielu rzeczy – przynajmniej to tak wygląda z boku. Stad wiele dziwnych rzeczy – jak na przykład reklama zapraszajaca do przespania się w czasie podrozy promem
Widoki były naprawde piękne, bo doplywajac do Pincton można zobaczyć wiele porozrzucanych wysepek oraz polwyspow o bradzo długiej linii brzegowej z racji nierownosci. Wszystko jest porosniete zielonymi drzewami (tu wlasnie wiosna zawitala) albo czasami jakies kawałki ostrych, brazowych skal. Czesciej jednak przewazaja plaskie pagórki.
Na promie ogormny ruch panowal a czesc osob rozlozyla się nawet na otomanach w restauracji ucinając sobie dluzsza drzemke. Wialo strasznie – a niektóre osoby były w krotkich spodenkach, co powodowalo, ze mi robilo się jeszcze bardzej zimno. A miejscowi – prawie po całym pokładzie zasuwalo na bosaka!
Trudno tez spotykać osobe w 100% maoryska – jeśli juz to sa jakies mieszkani z innymi rasami – glownie zapewnie z Brytyjczkami. Bardoz często Maorysi sa bardzo wytatuowani – zdarza się, ze panie maja na podbródkach również tatuz. Troche dziwnie to wygląda, zwłaszcza jak osoba jest ubrana w normalne jak u nas ubrania a nie jakies ludowe.
Prom dobil ok 11.40 do Picton, w którym jednak się nie zatrzymaliśmy tylko od razu pojechalsimy do Nelson - dużego miasta na wybrzeżu. Nareszcie jakas styczność z uliczkami, które można nazwac starym miastem.
Ponieważ osadnictwo „białych” jest tu dopiero od XIXw, wiec miasta w większości sa zaplanowane w bardzo prosty sposób – czyli wszystko prosto i pod katem prostym oraz bardzo szeroko. Brak charakterystycznych dla Europy zakrzywień, zakretow, bardzo wąskich uliczek. Mielismy szczęście – bo wyjątkowo nie padalo i było piękne slonce, wiec ja czułam się jak w swoim żywiole podczas gdy Maz był lekko spiacy i robil wszystko w trybie okreslanym przeze mnie jako „polsen” i udało mu się nie zgubic nic z noszonych rzeczy: aparatu, przewodnika, bagietki i czapki
Pospacerowalsimy sobie – dotarliśmy nawet do tutejszego ogrodu oraz ogromnego budynku muzeum. Spodobala się tez nam tutejsza katedra anglikanska.
Na tablicy informacyjnej dokładne wyjaśnienia, kto jest kim w parafii – uwaga jednym z księży jest pani! Wokół kościoła był piękny ogrod oraz długie schody do niego prowadzące, na których siedziało mnóstwo nastolatkow. Jakos jak dla nas byli wyjątkowo cisi i bardziej normalni niż w Polsce. Duzo z nich było ubranych w szkolne mundurki – czyli pewnie wysiedli ze szkolnego busu jeszcze nie chcieli wracac do domu.Zaczelo nam trochę burczeć w brzuchach – wiec siedliśmy w miejscowej knajpie o nazwie Lambretta’s
Byliśmy mało konwencjonalni, bo zamowilismy pizze ale za to z baranina – no skoro tu jest tyle owiec, to trzeba sprobowac jak one smakują. Miala być w wielkosci XXL…. tylko jak ja zaobaczylismy to był to odpowiednik naszej sredniej. Trzeba się jeszcze przyzwyczaić do mega długiego czekania na zamówione rzeczy – mam nadzieje, ze to gwarantuje, iż wszystko jest robione w czasie naszego oczekiwania i bez wykorzystania mikrofalówki. Srednio za obiad cena wynosi ok 14$NZ na 1 osobe – czyli porównywalnie jak w polskich bardzo dobrych restauracjach. Benzyna ok 2$NZ za litr – czyli ok 5,5 zl za 1 litr ale o dziwo – ropa – to tylko 1,5$NZ za litr, wiec bardzo duza roznica, bo w RP sa to porównywalne poziomy cenowe.
Udalismy się dalej w nasza podróż – kierunek Westport - i dalejja za kierownica! Nie jest trudno – drogi sa puste i tylko trzeba uwazac na wpadające dzikie ptactwo oraz oposy, które sa tu prawdziwa plaga. Sa to zwierzątka wielkosci naszych kun czy tchórzy. Zostaly tu sprowadzone z Australii, by hodowac je ze względu na futro. A jak to bywa – kilka sztuk się wymknelo z farm i rozpoczelo zycie na wlasna reke mnazac się na ogromna skale i niszcząc miejscowa faune. Odstrzeliwanie ich nie wiele pomoglo – nadzieja teraz chyba jedynie w tym, ze będą często przechodzić przez ulice i wpadac pod kola samochodowe.
Jadac można dostać oczoplasu od liczby owiec ora pasących się krow.
Jednym i drugim należy zazdroscic warunków – maja bowiem wybiegi o wielkości kilku hektarow i dużo swiezego powietrza, bo polskie bydlo po wejściu Polski do EU cale zycie spedza w oborze i często nie widzi slonca ani nieba. Dzis rozwiazala się nam także zagadka – po co czasami leza stery starych opon na polu, co mnie przynajmniej bardzo nurtowało. Otoz zebrane siano czy tez slome nakrywa się folia, na która układa się opony, by wiatr jej nie rozciagal ani nie porwal gdzies.
Po drodze zaliczyliśmy jeszcze kolejne wypadniecie prawej przedniej lampy w samochodzie – tym razem sprobowalismy naprawić to gumka recepturka – zobaczymy ile czasu to rozwiązanie wytrzyma. Zabralismy tez autostopowicza – z nadzieja wielka, ze to będzie miejscowy, by więcej wydobyc informacji o tym kraju. To jest to, czego mi bardzo brakuje – kontaktu z miejscowymi, który w naszym przypadku ogranicza się jedynie do spotkać z obsluga moteli oraz restauracji czy tez sklepow. Chcialoby się wiecej czasu spedzic na rozmowie, by chociaż poznac relacje „biali osadnicy” – Maorysi, sytuacje ekonomiczna – czy ciężko tu zyc, itd. Nam się strafil Spencer z Washington State (czyli ze stanu Waszyngton i absolutnie nie mylic ze stolica Waszyngton!) a obecnie mieszkajacy w Kalifornii. Majac dopiero 21 lat wybral się w pierwsza swoja podróż daleka i chce pobyc w Nowej Zelandii jakies pol roku – dostal bowiem prace w hostelu w Christchurch. Jechal z gitara – wiec zaczelismy rozmawiać o muzyce i szybko wyszlo, ze lubi klasyczna. Krzys miał wiec okazje porozmawiać o roznych kompozytorach a najciekawsze jest to, ze Spencer uwazal Chopina za Francuza ale oczywiście wyprowadziliśmy go z bledu. Maz zrobil mu „mini wykład” na temat utworow – mamy wiec nadzieje, ze chłopak będzie mogl teraz zablysnac wiedza. Autostopowicza wysadziliśmy na krzyżówce , gdyż my się udawaliśmy do Westport .
Ponieważ było już po 17tej – to miasto wygladalo jak wymarle – nawet żadna knajpa nie była otwarta, by moc wypic kawe czy herbate. Pozostalo nam jedynie przejść się uliczkami, by Maz mogl zrobić zdjęcia w kolorach zachodzącego slonca. Oczywiście jak w każdym miasteczku był tu również Memorial Hall (Pokoj pamięci), gdzie z reguly sa fotografie, tablice z imionami osob z danej miejscowości i okolicy, które zginely w czasie I i II wojny swiatowej na froncie. Obecnie te budynki sluza także jako sale, gdzie maja miejsce ważne dla spolecznosci wydarzenia.
Mi najbardziej podobal się budynek dawnej biblioteki, bo miał w sobie to cos i chyba był jedynym ostatkiem po dawnej swietnosci tego miasta. Postanowilismy pojechać dalej, ponieważ w miescie nic się nie dzialo i nie było nawet nikogo, by moc się o cos spytac. Jak zwykle zaryzykowaliśmy, ze znajdziemy jakiś motel po drodze. Trafilismy na prawdziwe cudo – widok z okien na nature i prawie nic wokół. Omau dosłownie 3 czy 4 domy stojące pośrodku głuszy i nic wokół i nawet nie ma go na dużej mapie Nowej Zelandii. Motel prowadzi malzenstwo w wieku ok 45-50 lat i maja jedynie 8 mini apartamentow – czyli pokoj z lazienka i anekesem kuchennym. A wokół drzewa, spiew ptakow i chodzące wokół weka. To ptak podobny do kiwi – tylko trochę większy, również bez skrzydel i przypominający nasza kure, jeśli chodzi o wielkość. Ma dlugi dziob i bardzo szybko ucieka ale jednocześnie jest bardzo ciekawski – prawie wcale się nas nie bal i blisko podchodzil.
Jedyne nieszczescie dnia – Krzys zostawil wczoraj na stacji benzynowej karte kredytowa. Jednak nei jest zle – tylko 900zl zostało na niej do wydania a osoba na stacji będzie przynajmniejmiala jakas pamiatke z Polski.
Motuoapa – Wellington – wt 6.11.2012
Nie musieliśmy się wcześnie wymeldowywać z hotelu, bo pan z recepcji powiedział wczoraj, ze możemy zostać do kiedy chcemy, bo przyjechaliśmy poznym wieczorem. Bardzo mile z jego strony ale i tak ok 10 tej byliśmy w samochodzie, by dalej eksplorować NZ. Zaczelismy od pobliskiego jeziora Taupo, bo Motuoapa lezy bowiem nad nim. Miejscowosc liczy gora 30 domow – wszystkie w bardzo podobnym stylu i często nawet nie sa ogrodzone, piękne ogródki.
A nad Taupo mielismy okazje zobaczyć piękne widoki i udało się nam uwiecznić czarnego labedzia, który domagal się chyba od nas czegos od jedzenia a my niestety nie mielismy
Pognalismy dalej do Tuarangi. Na początku wizyta w tutejszym punkcie informacyjnym, gdzie zaopatrzyliśmy się w mape oraz udzielono nam informacji, co do szlakow gorskich oraz zarekomendowano jeden, który trwa ok 1,5h i ma piękne widoki. Wykorzystalismy tez goscinnosc tutejszej miejskiej bibloteki, gdzie jest za darmo internet a jeśli ktoś ma swój wlasny komputer to jest specjalny pokoj do pracy. Moglismy tu na Skype porozmawiać z Rodzicami i dac znac, ze zyjemy i mamy się dobrze. Przy okazji pierwsza styczność z dwoma osobami strice Maorysami. Jeden pan na recepcji bibloteki – mega rozmiarow i klasa wagi sumo. Drugi pan przyszedł korzystać z bibloteki i miał cala twarz w tatuażach maoryskich no i wszedł jedynie w skarpetkach, bo Maorysi zdejmują buty wchodząc do domow. Rozmawiali miedzy sobą po maorysku – niestety nic nie rozumieliśmy z tego oprócz „Ka ora” – czyli dzień dobry.
W tutejszym supermarkecie zobaczyliśmy substytut ziemniakow – kumara (na zdjęciu w kolorze naszych burakow) oraz drugie miejscowe warzywo – ale niestety nie pamiętam nazwy jego.
Przeszlismy się po uliczkach scislego centrum miasta, gdzie jest to może 5 ulic na krzyz i gora 40 sklepow , które oczywiście sa otwarte tylko do 17tej. Jest to wszystko wielkości może targowiska przy Hali Banacha w W-wie i my mielismy wrazenie, ze jesteśmy na jakiś dzikim zachodzie w prowincjonalnym miasteczku, które powstalo gora 20 lat temu. Najbardziej ubawil nas miejscowy kosciol, bo jednoczy az 3 wiary – metodystów, prezbiterian i anglikanów
Ekumenizm w 100%:-)
Jadac do Tuarangi były przepiękne widoki – tak jak już pisałam – jest plasko a od czasu do czasu wyrastają góry, które sa porosniete zielona trawa i drzewami. Takie krajobrazy jak we Wladcy Pierscieni, który tu był wlasnie kręcony. Jazda albo dolinami albo po tych zboczach gor – lepiej nie liczyc liczby zakretow a niektóre sa takei ostre, ze ograniczenie jest do 25km/h przy nich
Szlak wybrany przez nas w Tuarangi był naprawde piękny – szliśmy przez mini dzungle, gdzie bylo slychac spiew wielu ptakow. Widoki a potem mineslismy jakas rzeczke i przeszliśmy przez most, dzięki któremu mogliśmy się uwiecznić, bo można było polozyc aparat na jego balustradzie
Zaczelismy wchodzić w krótkim rękawku, bo było cieplo, potem trzeba było zalozyc już polary, za jakis czas kurtki az przyszedł czas i na czapki oraz rękawiczki, bo tak strasznie wialo. Do sniegu nie doszliśmy na szczęście, bo chyba bym zamarzla. Widoki były niezapomniane – Krzys średnio co piec minut powtarzal: „Jak tu jest pięknie” – no bo on jest miłośnikiem gor a tu takie widoki.
Szlak mielismy zrobić w 2,5h – wyszlo 3h, bo maz jest hobbysta zdjęć ale mielsimy tez mini postoj na posiłek i ciepla herbate z termosu.
Jadac dalej do Wellington trafiliśmy na znak drogowy „uwaga kiwi”. Niestety – jak mowi przewodnik, ten ptak nielot jest już prawie na wymarciu i ciężko spotkać go na wolności. Nie mniej jednak jest symbolem tego kraju i nawet obywatele nazywają siebie „Kiwi” a nie Nowozelandczyk. Wiekszosc rzeczy ma w swej nazwie kiwi i tak mamy: kiwi bus, kiwi bank, kiwi restaurant, kiwi car rentals, etc….
Kolejny symbol Nowej Zelandii to owce – jak się jedzie to widać wielkie polacie ogrodzonych pastwisk z zielona trawa i małymi białymi kulkami – czyli owcami, które z daleka wygladaja jak porozrzucane kamienie. Od czasu do czasu pojawiają się czarne plamy - to krowy, które wystepuja tez w innych barwach: bialo-czarne jak u nas w Polsce, brazowe, biale, jasnobeżowe, bialo-brazowe. Wypatrzylismy tez pastwiska z lamami oraz sarnami i jeleniami.
3
Jadac po tym kraju ma się wrazenie, ze tutejsi ludzie sa dużymi indywidualistami – to można zobaczyć po tym jakie sa domy – każdy jest inny. Często każdy ma swa nazwe, która jest wypisana na skrzynce pocztowej, które często stoja samotnie przy drodze a dom jest gdzies daleko na gorze badz gdzies za waska kreta drozka. Najbardziej jednak wprawilo nas w osłupienie jedno ogordzenie pastwiska – cale bowiem było obwieszone butami. Naprawde nie mamy pojęcia o co chodzilo tu właścicielowi i skad wytrzasnal taka liczbe butow
Zawinelismy do Wanganui, które nas bardzo urzeklo. Wreszcie otarliśmy się trochę o historie – były tu budynki z końca XIXw i jakakolwiek stara czesc miasta. I co najważniejsze dla mnie – o stare budynki się tu dba i nadal sa eksploatowane w przeciwieństwie do Polski, gdzie stare rzeczy sa niszczone i wyburzane.
Z racji bycia pasażerem zaczelam przysypiać ale Krzys mnie obudzil na zwiedzanie starej stacji kolejowej w Otaki, by rozprostować nogi. Stacja ma ze 100 lat i nadal jest uzywana. Rozkład jazdy pociagow miesci się w dwóch linijkach – bo chodzi tylko 1 pociag dziennie: w jedne dni z Auckland do Welligton, by następnego ten sam wracal z Wellington to Auckland. I o dziwo – tu tez się pociągi spozniaja, bo była kartka z infolinia, gdzie zadzwonić, by sprawdzić, czy będzie on punktulanie
Udalo sie nam dotrzeć ok 21ej do Wellington ale znalezienie noclegu to walka z wiatrakami. Dobrze, ze mamy miejscowy numer pre-paida na komorke, wiec po kolei zaczelismy obdzwaniać wszystkie hostele, by ostatecznie chyba w 10tym znaleźć wolny pokoj. Umowilismy się, ze będziemy w ciągu 30min i by dla nas potrzymano miejsca. Hotel jest w dość specyficznym budynku – wymalowany jest on bowiem w paski jak u zebry. Nie da rady go nie zauwazyc.
A jakie jest Wellington – od razu widać, ze bardziej tętni tu zycie, bo o 21tej jeszcze można kogos zauwazyc na ulicy i sa jakies knajpy otwarte.
Mnie znow zdziwilo, ze ja jestem w kurtce i rozważam zalozenie czapki na glowe a miejscowe panie paradują z golymi nogami i nawet w strojach iscie letnich. Jak widać punkt odczuwania zimna zależy bardzo od tego, gdzie się mieszka. A zsamej stolicy Nowej Zelandii zapamiętam nowy trend w butach – bo zobaczyłam takei cudo na wystawie sklepowej i tylko patrzeć jak się pojawi to w Europie
PostScriptum
Przepraszam za opóźnienie ale jesteśmy ciagle w drodze – przejechaliśmy już więcej niż 1,2tys km i sporo jeszcze przed nami – tzn tylko 2 dni więcej w NZ, bo u nas teraz wlasnie sobota i już po 11tej rano. Siedizmy w knajpce i zamieszczamy informacje na blogu.
Matamata – Motuoapa – pn 5.11.2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)
