niedziela, 18 listopada 2012
Kimbel - Christchurch ndz 11.11.2012
Poleglismy z rannym wstaniem – wczorajsze przebyte kilometry i pozycja siedzaca dala się we znaki. Krzys tez nie wytrzymuje, bo tutejesze lozka to podwojne materace, które gigantycznie się uginają a my jesteśmy przyzwyczajeni do bardziej twardych. Może nalezaloby schudnąć – wtedy będzie się mniej zapadać w nich?
Gdy Maz wyszedł po cos do samochodu – zlapal go pan wlasciciel, który kazal zostawić klucze gdzies w naszym pokoju hotelowym, bo on wraz z malzonka wlasnie wyjezdza do kościoła. Podziwiam tutejszych ludzi, ze nie maja obaw, iż im zgnie na przykład telewizor, przecież moglibyśmy go spakować i zabrać ze sobą. Wyjechalismy ostatecznie przed 10ta i udaliśmy się do kolejnej miejscowości Fairly, bo tam ponoc jest kosciol rzymskokatolicki. Wpasowalismy się idealnie na rozejście się parafian po Mszy Sw. Gdy szliśmy do wnętrza kościoła zatrzymala nas starsza pani, wypytując się skad jesteśmy i poradzila byśmy się udali do księdza proboszcza – on na pewno nam wskaze, gdzie sa kolejne nabozenstwa. Zrobilismy jak zasugerowala – zapukaliśmy na plebanie i otworzyl nam jakiś pan, który zawolal księdza proboszcza. Ten wreczyl nam adres, gdzie znaleźć parafie w Christchurch. Chwile z nim porozmawialiśmy – i ma tu jedynie 70 osob w parafii zas w Twizel, gdzie Msze Sw sa w soboty – tylko 35 osob. Jak to wypada na tle wszędzie obecnych kosciol anglikańskich – ponoc osoby wyznania rzymskokatolickiego w większym procencie chodza do kościoła, choć jest ich mniej. W przypadku anglikanów – jedynie maly procent bierze czynny udział w zyciu swej parafii.
Dzieki księdzu proboszczowi wiemy, ze musimy być na 19ta najpóźniej w Christchurch – wiec caly dzień możemy powoli zwiedzac. Jak ruszyliśmy – zaczely się znow typowe krajobrazy nowozlelandzkie – czyli laki z owcami.
Momentami Maz mi narzeka, ze czuje się jak w grze komputerowej, gdzie wszystkie owce się multiplikuja i nie sposób nadazyc je zliczać. Cos w tym jest, bo to nie jest normalny widok, do którego oczy ludzie sa przyzwyczajone. Zaczelam się zastanawiać, czy te owce sa w jakiś sposób dokarmiane, żeby szybciej rosly i dawaly welne. Na pewno sa jakies oprsykina trawe, by szybko rosla.
Jeden z przydrożnych znakow zawiodl nas do Muzeum Starych Samochodow w Geraldine. Na początku myśleliśmy, ze nie będzie nam dane do niego wejść, gdyż po raz kolejny kluczyk nie chciał wyjść ze stacyjki. Jednak zrobilismy kolejne kolko i udało się. Muzeum jest w zupelnosci wlasnoscia prywatna – bilet platny wiec wyłącznie w gotowce (10 $NZ). Przy biurku pana kasjera zas siedziało z 3 starszych panow, którzy spędzali czas na plotkowaniu. Ale akcent z jakim mówili – nie do odtworzenia. Jeden z nich zaczepil nas jak tylko wchodziliśmy, by spytac się skad jesteśmy. Jak się okazało był 2 lata temu na wycieczce w Pradze czeskiej i chciał wiedzieć, czy Polska jest podobna czy tez calkiem inna.
Jak przystalo na prywatne muzeum – można w nim znaleźć wszystko, co było stare w okolicy.
Zaczelismy od kolekcji samochodow jeszcze z XIXw, gdzie obok były roznego rodzaju stare narzędzia samochodowe a nawet pierwsze lampy olejne. Potem przeszliśmy do wielkiego naharu, gdzie było ponad 50 roznych traktorow. Niektóre odnowione i mogące jezdzic, ale niektóre egzemplarze wymagałyby odnowienia. Jak to wszystko jezdzilo i bardzo często bez gumowych opon? Trzeba jeszcze pamietac o stanie drog – ze to były wyboje. Trzeslo okropnie zapewne. W kolejnym budynku były juz samochody osobowe z okresu miedzywojennego i powojennego. Po drodze na zewnątrz natknelismy się na cala kolekcje urzadzen rolniczych oraz stare dystrybutory stacji benzynowej.
W ramach pozegania się z Nowa Zelandia pojechaliśmy jeszcze nad sam ocean, żeby przejść się plaza. Trafilismy do typowej letniskowej miejscowości w Hakatere.
Na samym wjezdzie przywitala nas arteria skrzynek pocztowych – jak na ten kraj to zupełnie anormalne, bo z reguly staja same pojedyncze. Czyli jakies nagromadzenie się miejscowych. Przy samym zejściu na plaze – informacja o tsunami
Dzis raczej to nam nie grozi – slonce przypieka bardzo, ale nie jest to jednak temperatura na kapiel. Szkoda – chciałabym choć palca zamoczyć. Tuz obok nad plaza na skarpie znajdowaly się male domki letniskowe.
/Jak widać – o ile na codzien Nowozelandczycy sa indywidualistami i zyja w ogromnych odleglosciach od siebie, to jednak w czasie wakacji musza być stłoczeni jeden na drugim. Chyba taka bliskość i możliwość bycia obok drugiego indywidualisty ma im wystarczyc do kolejnych wakacji. Jak wszystko – robia na opak, bo w Polsce wlasnie w czasie urlopu ludzie uciekają w glusze i na odludzie.
Na samej plazy było bardzo dużo mew i innych dzikich ptakow. Jedna mewa wysiadywala chyba młode. Wokół niej było z 7 innych, które robily ogromny wrzask, gdy przechodziliśmy. Nie mniej szumu wokół nas robily ptaki podobne do dzikich gesi.
Po spacerze zgłodnieliśmy, wiec porbowalismy znaleźć cokolwiek otwartego w Ashburton. Na cale miasto była jednak otwarta tylko jedna jedyna knajpa, gdzie na obiad w menu były…. hamburgery i sałatki. No niestety – jeśli mamy mowic, co jest typowym posiłkiem nowozelandzkim – to nie ma czegos takiego, co bylloby jej specjalnoscia. Jest to po prostu miks kuchni brytyjskiej i amarykanskiej – czyli jajka na bekoanie na sniadanie a na obiad hamburger. Jednak te drugie bardzo odbiegają od standardow europejskich – bo wersja tzw hawii ma w sobie trochę salaty, pomidora, hamburgera a na nim ananas i jeszcze na samej gorze sadzone jajko z bekonem. Wychodzi z tego mega porcja, której ja sama nie bylam w stanie zjeść, bo bulka jest w rozmiarze 5XL do tego. Ponieważ jest tu dużo imigrantow z Chin, Wietnamu, Tajlandii oraz Indii to bardzo czesto sa bary i restauracje z kuchnia tych państw, gdzie tlocza się miejscowi. Wpadlism ykilka razy na pizzerie i kuchnie wloska oraz grecka ale francuskiej nie trafiliśmy nigdzie jak i polskiej:-) Nisze na rynku sa – można wiec emigrować!
Z racji niedzieli i całego wymarłego Ashburton skonczylismy ostatecznie w barze zajadając hamburgery, o ktoryhc tyle wyżej napisałam. Gdy tak sobie siedzieliśmy na lawce przed nim – to zajechalo kilka samochodow i z jednego wysiadł pan na bosaka. To kolejna rzecz charakterystyczna dla tego kraju. Ciagle natykaliśmy się na osoby spacerujące na bosaka na stacji benzynowej, wchodzące do sklepu, idące chodnikiem. Mi się czasami az na ten widok robilo zimno – bo ja bylam w cieplych butach i skarpetkach – zamrazlabym na bosaka. Miejscowi jak widać sa bardzo zahartowani i maja czyste ulice jak i chodniki. Na tyle czasu nie widziałam zadnego smecia czy tez szkla lezacego bezpańsko – wszystko bowiem laduje w śmietnikach. Czy cos takiego udaloby się u nas w Polsce? Raczej nie – bo uwielbiamy wurzucac smieci na ulice czy do lasu, aby tylko nie byky u nas na podworku czy tez domu.
Z pelnymi brzuchami ruszyliśmy dalej w kierunku Christchurch. Po drodze minelismy najdluzszy w Nowej Zelandii most w Rakaia. Rzeka była – taka mala waska nitka, ale ma tak duże rozlewiska, ze zajmują one chyba 10 razy wiecej powierzchni niż obecny strumyk.
Wjezdzajac do Christchurch ulokowlaismy się w jednym z moteli, tak by potem mieć blisko do lotniska, bo jutro ruszamy do Australii. Trafilismy na jakiś Motor Lodge – i tym razem dostaliśmy pokoj z lozkami az dla 5 osob – bo tylko taki był wolny. Ponieważ jest to „motor” – to w pokoju by telewizor plazmowy z ogromna liczba kanalow sportowych – jak widać dostosowane do klientów, glownie panow. Zostawilismy bagaże i ruszyliśmy w miasto.
Christchurch jest wymarle – zwłaszcza w centrum. Wszystko przez trzęsienie ziemni jakie miało miejsce 22 lutego 2011r. Naprawde serce się kraje, jak widzi się tyle budynkow, w których po prostu hula wiatr a z daleka wygladaja, jakby ktoś miał wrocic, bo sa firnaki czy tez zasłonki w oknie. Wladze miasta czesc burza, bo nie nadaja się one do ponownego użytkowania, a te starsze będą pewnie odbudowywane.
Zycie cale przeniosło się wiec na przedmieścia, gdzie az takich zniszczen nie widać – może to kwestia niskiej zabudowy albo tego, ze sa to prywatne domy i ludzie odbudowali je we własnym zakresie.
Ubawil nas tez jeden parking strzeżony – na samym wjezdzie do niego stoja armaty – maja odstraszać potencjalnych złodziei?
Udalo się nam punktualnie dotrzeć na Msze Sw – okazlao się ze kosciol jest kilka przecznic od naszego motelu. Znow międzynarodowo bardzo – jeden ksiądz Francuz, drugi Wloch i każdy mowiacy po angielsku ze swym akcentem i melodia swego jezyka.
Dzis minal nam tydzień pobytu w Nowej Zelandii – wiec nasuwa się krótkie podsumowanie:
- 2578km przejechanych
- 7tys złotych wydane
- 1 karta kredytowa zgubiona i dzięki Bogu nic wiecej
- coraz wieksza tesknota za polskim chlebem – tu niestety ale wszędzie jest tostowy ewentualnie bagietki, które mogą być namiastka normalnego pieczywa
- jedyny dluzszy kontakt z miejscowa osoba – to nasz autostopowicz. Niestety podróżowanie samochodem nie pozwala na konwersacje
- na pewno brak nam będzie widoku owiec na zielonych lakach
- chcielibyśmy przenieść tutjesze drogi do Polski – by można było tak prosto jezdzic oraz mieć tak super oznakowanie – nawet drogowskazy do każdego motelu, hotelu oraz B&B jak i najmniejszego punktu widokowego i atrakcji turystycznej.
Queenstown - Kimbel sb 10.11.2012
Pozwolilismy sobie na to, by wlaczyc telewizor i obejrzeć tutejsze poranne programy. Telewizja sniadaniowa na takim samym poziomie jak nasze DD TVN a w nim glowny temat dnia: wizyta ksiecia Karola oraz molestowanie seksulane w szkole przez księży. Na szczęście Krzys znalazł maoryski kanal, który nas bardzo wciagnal ale najbardziej Meza relacja meczu koszykówki w tym jezyku. Sluchalam katem – i jest to naprawde dziwne dla ucha. Opuscilismy pokoj dosłownie 5 min przed 10ta, bo to ostatni dzwonek przed godzina check-out’u.
A mieszkaliśmy naprawde w domu na kurzej lapce – to ostatni domek na gorze po lewej stronie, który ma otwarte okno. Widoki na jezioro – niezapomniane i oczywiście uwiecznione przez Meza.
Spakowalismy nasze rzeczy do bagażnika i ruszyliśmy w Qeenstown. Trafilismy na miejscowy targ, gdzie były rzeczy zrobione reczenie w domu. Można było oczywiście nabyc jadeity, obrazy czy tez zdjęcia z Uluru. Mnie zatrzymaly jednak muffiny,
Niestety nie były jadalne :-(, gdyż sa to mydla. Były tez i w innych przedziwnych kształtach. Krzys mi na pamiatke sfotografowal oczywiście. Pomyslowosc miejscowych nie ma granic – przetwarzają wszystko – nawet butelki od piwa, które sa przerabiane na zegarki nascienne.
Były tez miejscowe ubrania, które jak dla mnie były troche w stylu powyciąganych szmat. Na pewno w czyms takim nie wyszłabym na ulice. Można było się tez wymasować – dwa rozlozone na chodniku stoly do masazu i dwie skośnookie panie obslugujace. Popatrzylismy na wszystkie te ludowe dziela, by w końcu zasiąść w knajpce, gdze by dostep do internetu, za który nie trzeba było placic astronomicznych sum. Gdy uzupelnialam bloga – Mąż udal się na przechadzke i oczywiście wrocil z kilkudziesięcioma zdjęciami – miedzy innymi parowca, który nadal plywa tu w celach turystycznych oczywiście. Ale jeszcze kilka slow o knajpie – jedna ze scian w niej ma w sobie kominek – tak ze zarówno wewnątrz knajpy jak i od strony ulicy widać palace się drewno. Na scianach zas bardzo ciekawe informacje skierowane do Klientow (zrobiłam zdjecie specjalnie dla kolegow z pracy:-) )
Zreszta w większości restauracji i pabow jest informacja, by w przypadku dużego spożycia alkoholu skotnaktowac się z kims z obsługi, bo restauracja / pub zapewniają transport do domu. A Nowozelandczycy naprawde dużo pija – spokojnie mogą isc w zawody z nami Polakami i nie wiem naprawde kogo bym obstawila w zakładach, gdyby takie ktoś zrobil.
Po dobrej 1,5h siedzenia na internecie ruszyliśmy dalej – tym razem udaliśmy się do parku, gdzie mogliśmy podziwiać gigantyczne drzewa.
W zyciu nie widziałam takich rozmiarow. Zainteresowalo nie tez jedno, które z daleka wygladalo jak bezlistne a galezie miało jak zwisające rurki. Gdy podeszłam bliżej – okazało się, ze listki sa – tylko to takie male luski nalozene jedna na drugiej.
W Nowej Zelandii zaczela się wlasnie wiosna – wiec wszystko w zieleni i kwitnące. A oprócz tego, co znam z Polski, jest wiele lokalnych cudow, których nazw niestety nie znam. Bardzo podobal mi się krzew z takimi rozow-bordowymi jezorami, a liscie jego przypominaly akacje. Oczywscie mój zachwyt uwiecznil Maz nim zdazylam jakiekolwiek slowo rzec.
W ogrodzie słyszeliśmy tez spiew roznych ptakow a jeden nawet raczyl się nam długo przygladac – cos podobnego do naszego szpaka ale z dziobem w kolorze cytrynowym. Zaspokojenie głodu pognalo nas do jakiejs knajpki na obiad – padlo na Vudu Cafe, gdzie siedliśmy sobie w ogródku. Dzieki temu mielismy wgląd na to, co dzieje się na ulicy oraz jak wygladaja miejscowi. Mi bardzo podobalo się spotkanie dwóch miejscowych panow – obydwaj bardzo klimatyczni a jeden z nich z dzieckiem, wozkiem i dodatkowo psem. Najspokojniejszy był pies – grzecznie lezal i obserwowal ulice oraz wyczekiwal, czy cos nie spadnie ze stolu… a spadlay niestety glownie zabawki dziecka.
My zamowilismy sobie danie z miejscowego słodkiego ziemniaka – kumara. Dostalismy na talerzu trzy okragle placuszki z niego wlasnie polozone na sałatce – naprawde bardzo smaczne to było. Do czego podobne w smaku? Po prostu chyba do cukinii – ale według mego Meza do ziemniaka:-) Ostatecznie ustaliliśmy ze do cukinio-ziemniaka, by uniknąć klotni malzenskiej.
Z pelnymi brzuchami wsiedliśmy do samochod, by jechać w kierunku Chirstchurch. Z zalozenia wiedzieliśmy, ze tam nie dotrzemy dziś, bo to za dużo kilometrow i jak zwykle gdzie w motelu przy drodze się prześpimy. Teraz weszlimy w czesc winna Nowej Zelandii – zaczely się winnice.
I jak to w tym państwie – jak cos się zacznie to się ciagnie kilometrami. Zastanawia mnie, czy to wszystko należy do jednej osoby, czy tez okoliczni rolnicy się w tym specjalizują.No i oczywiście wszystko zagrodzone – co najbardziej denerwuje Krzysia, bo nawet do lasu nei da rady wejść, bo tez jest plot, przy lace – znow siatka, itd… Ilez musieli tu zarobić pieniędzy producenci drutu – żeby te polacie tak pogrodzic. A teraz dochody czerpią firmy produkujące farby – no bo przecież co jakiś czas plot trzeba pomalować.
Dzis znow dorwałam się do kierownicy – i Krzys twierdzi, ze nabieram zwyczajow nowozelandzkich – pedze jak wariat 120km/h… no ale przy pustych drogach można sobie pozwolić. Bez pytania się Meza – skrecilam w droge prowadzaca do MtCook – najwyższej góry Nowej Zelandii.
Oczywiście nie było mowy o wspinaczce – to wyprawa na kilka dni i trzeba być dobrze przygotowanym. Chcialam po prostu zrobić przyjemność Krzysiowi, który jest miłośnikiem gor, a zabrany nowozelandzki autostopowicz polecal, by się przejechać, bo sa przepiękne widoki. Mial oczywiście racje – bo dotarliśmy do pięknego jeziora o szmaragowej wręcz wodzie. Jest to efekt znajdujących się w skalach mineralow – na tablicy informacyjnej napisane było „silica” ale nnie znam tłumaczenia na polski. A do tego wokół wysokie góry z śniegiem – po prostu tak jak na fotografii obok
Na samym końcu drogi jest MtCook Resort – taka mala osada z kilkoma domami oraz pokojami dla turystow. Stad się wyrusza już bezpośrednio na zdobywanie szczytu bądź w inne szlaki. Ale oczywiście nic nei stoi na przeszkodzie – by na odcinku miedzy glowna droga a ta osada – tj ok 80-100km- znajdowaly się dwa domy rolnikow – srednia odleglosc pomiędzy sąsiadami – 40km. Trzeba było jechać ostrozenie – przebiegly nam bowiem kilka razy owce przez droge i raz krowy.
Chcielismy nocować na jeziorem Takepo – raptem 30 domowi ponoc szybko rozwijające się miasteczko. Niestety najtaniej jak znaleźliśmy to 160 $NZ za pokoj a w dwóch hostelach nie było już miejsca.
Pobyt ograniczyl się wiec do zrobienia zdjęć - małego uroczego kosciolka, zbudownego jeszcze w XIXw na tle zachodzącego slonca i pognaliśmy dalej. Troche w nieznane – bo starszne bezludzie znow nastalo. Na szczęście zawitaliśmy do Kimbel i na samym poczatk miasteczka zobaczyliśmy znak motel. Narobilismy swym przybyciem chyba wiele zamieszania jego wlascicielom, bo trochę musieliśmy poczekać az ktoś się pojawi. Wyszedl bardzo mily pan, który zaprowadzil nas do pokoju – jak zwykle sypialnia z malym aneksem kuchennym. Krzys zajal się przestawianiem samochodu a ja – formalnościami. Jak się wlasciciel dowiedział, ze mamy wlasnie nasz miesiąc miodowy – to od jego zony dostaliśmy az 4 wlasnorecznie upieczone muffiny. Och ciagle mam dylemat – czy czekoladowe czy pomarańczowe były lepsze. Pani była na tyle mila, ze udało mi się z nia dluzej porozmawiać. Znow udalo mi się trochę zaspokoić moja ciekawość. Panstwo wlasciciele maja 6 dzieci (4 corki i 2 synow) – wszyscy sa już dorośli i na swoim. Waznym jest, by dzieci chodzily do dobrej szkoły, która najczęściej jest prywatna – tzn platna i czasami bardzo dużo. Studia tez sa płatne choć można dostać stypendium ale trzeba być bardzo wybitnym. Od dłuższego czasu mysle, ze w Polsce nie doceniamy tego, ze nie trzeba placic za szkoły i uniwersytety - no jedynie koszty utrzymania się w czasie studiow.
Ogolnie w Nowej Zelandii latwo się zyje i nie slyszalam, by ktokolwiek narzekal.
Franz Josef - Queenstown pt 9.11.2012
Pozwolilismy dziś sobie dac trochę luzu wreszcie – i pobudka dopiero o 9tej! Spalismy w motelu ok 1km przed Franz Jozef, bo w samym centrum miasteczka turystycznego ceny od 140 $NZ za pokoj. Nam się udało za 99 i to z lazienka oraz ogromnym lozkiem. Jestesmy w gorach tutejszych – wiec i zimniej bardzo ale na szczęście było ogrzewanie elektryczne. Wlaczylismy wreszcie TV – i się okazało, ze nasz urlop zbiegl się z wizyta Ksiecia Karola (ciagle jeszcze pretnedenta do tronu brytyjskiego) w Nowej Zelandii i Australii. Najbardziej zaciekawila nas inforamcja, iż Ksiaze pomagal strzyc owce. Tylko to, co zobaczyliśmy to raczej pomoc w stylu patrzenie, jak inny człowiek to robil. Może to wiec była pomoc w formie wsparcie duchowe? Zadziwijajace, jak wszyscy tu szanują wszystko, co jest brytyjskie i monarcha brytyjska ma tu wielkie powazanie. Troche to dziwne, bo przeciez sa to niepodlegle państwa a jedynie bedace członkami Commonwealth. Jak dla mnie to jakas zasiedzialosc albo kwestia tego, ze choć odrobine zarówno Nowa Zelandia jak i Australia chcą być w Europie, która przecież wyznacza trendy i ma o wiele bogatsza historie w ich mniemaniu.
Samo Franz Josef można okreslic jako baza rozrywki dla turystow – same hotele, puby, knajpy, atrakcje w stylu lot helikopterem nad lodowcem, wejście w góry z rakami i czekanami na lodowiec (niestety tylko i wyłącznie z miejscowym przewodnikiem gorskim).
Oczywiście symbol Nowej Zelandii – obecny i tu w postaci rysunkow na miejscowym sklepie i to na dodatek w kolorze zielonym. Bardzo się to Krzysiowi podobalo, wiec oczywiście zrobil zdjecie. Ciekawa jestem czy w NZ przekroczy 1tys zrobionych zdjęć – jest na dobrej drodze do tego, by to wykonać:-)
Nadszedl wreszcie ten moment, kiedy Maz zarzadzil zakładanie gorskich butow, bo będziemy podchodzić pod lodowiec. Nastawilam się na mega ciezki szlak – a tu tymczasem na pocztaek przejście przez mini dzungle z paprociami. Udalo mi się wyrwac aparat od Krzysia i zrobić kilka zdjęć.
Stwierdzam, ze zrobila się nam mala specjalizacja fotograficzna – Maz to pejzarzysta, zas ja rosliny oraz ludzie. Dobrze chociaż, ze się uzupełniamy a nie wspolzawodniczymy ze sobą, bo jeszcze aparat uleglby zniszczeniom.
Potem weszliśmy w doline polodowcowa z malym strukiem, który w okresie roztopow zamienia się w ogromna rzeke. Z gor zas spadalo wiele wodospadow, gdzie można było zobaczyć male tecze.
Robilo to naprawde niesamowite wrazenie i podziwiam Krzysia, iż potrafil to uwiecznić – dla mnie to wyzsza szkola jazdy.
Droga była bardzo monotonna - ciagle po kamieniach rzecznych ale widnejacy w oddali lodowiec naprawde zachwycal a do tego spiew ptakow i może dwie napotkane pary turystow, co jak na tutjesze warunki można okreslic sporym ruchem.
Dotarlismy może 500m od lodowca i niestety dalej szlak był zagrodzony ze względu na osuwające się kamienie. Nawet na naszych oczach miało miejsce cos takiego – spora czesc skaly z malym gruzem osunela się w doline. Krzysiwoi udalos ie trochę przyblizyc lodowiec i uchwycić kawalek jego jezora.
Sam lodowiec to po prostu mocno ubity snieg, z którego robi się wiecznie zmarznięty lod, który rozpycha skaly. Dzieki temu lodowiec niszczy skaly i swym jezorem przenosi je dalej w psotaci mniejszych kawalkow. W zaleznosci od opadow, temperatur – raz jest większy, czasami krótszy. Dolina, która szliśmy, to tez pozostalosc po dawnym jeziorze lodowca.
Caly szlak zrobiliśmy w około 2,5h. Byloby szybciej, gdyby nie sesje fotograficzne. Czasami dokuczam Mezowi, ze przyjechal na urlop z aparatem a ja jestem tylko dodatkiem:-) Krzys twierdzi, ze przesadzam. No ale najważniejsze, ze jego zamilowanie do gor zostało dziś zaspokojone i uśmiecha się od ucha do ucha. Gdy doszliśmy do celu – to zrobiliśmy sobie mini piknik jedząc zrobione wcześniej kanapki oraz popijając herbate z termosu. On naprawde nam się przydaje – nawet do samochodu robimy sobie herbate i zawsze jest cos cieplego do wypicia.
Kierunek docelowy na dziś – Queenstown – to chyba wiecej niż 200km drogi. Zaczelismy od zjazdow po serpentynach z gor – momentami były on przez dobre 5km. Jeden zjazd to wręcz dobre 10 zakretow i każdy o koncie 180stopni. Przejechalsimy tez przez piękny most liniowy – Krzys choć pedzil to udało mi się zrobić zdjecie.
Potem zjechaliśmy jednak nad wybrzeże zachodnie i teraz mielismy obok siebie po prawej stronie Morze Tasmanskie. Zatrzymalismy się w jednym miejscu, by przejść się choć trochę nadbrzezem i rozprostować nogi.
Nagle na tym bezludziu pojawily się jeszcze ze 3 inne samochody – chyba wszyscy myśleli, ze skoro się tu zatrzymaliśmy to zapewne jest to jakiś punkt widokowy warty zobaczenia. No bo tak wlasnie działa prawo tłumu – jeden zrobi a reszta bezmyślnie powtarza. Udalo mi się zebrac trochę muszelek – ale Maz twierdzi, ze mogą mi je skonfiskować na granicy w Australii. Postanowilam jednak zaryzykować – najwyżej je im oddam i niech sami cos z tym sobie robia.
Poszukujac dostępu do internetu trafilismy do enigmatycznego miasta o nazwie Haas, w którym nie ma nic oprócz supermarketu w srodku miasta oraz gora 30-40 domow wokół.
Zroblismy jedynie podstawowe zakupy, bo bar wycgladal dla nas trochę podejrzanie- woleliśmy nasze kanapki. A supermarket jest chyba centrum cywilizacji w Haas - jest w nim wszystko po trochu z dzialu spożywczo-przemyslowego, komputer z płatnym internetem i drukarka, a nwet skup skor z oposów. Nie wiem, czy pisałam już – ale te zwierzęta sprowadzono to z Asutralii, by hodowac na futerkowe. Niestety wymknely się spod kontroli i tak rozprzestrzenily, iż nawet masowe polowanie na nie nic nie pomaga. Musieliśmy mieć często postoje – znow mam zapalenie pęcherza – zapewne przewiało mnie w gorach, bo siadałam na zimnych kamieniach. Srednio co 30 min trzeba było szukac toalety – a z tymi ciężko,c o widać na zdjęciu, bo potrzeb fizjologicznych nie można niestety zaspokajać w lesie.
Przejechalismy tez przez mile miasteczko – Cardrona, które wylania się po prawie godzinie jazdy przez totalne pustkowie. Powod zatrzymania się oczywisty – były toalety! Ale zainteresowaly nas dwa stare budynki, które były odnowione – to była dawana szkola i domek nauczycielski. Obecnie sa wlasnoscia miasteczka i sluza jako miejsce spotkan. No coz – przy nowozelandzkich funkcjonalnych domkach ciężko byłoby zrobić spotkanie wiecej niż 10 osob. Zaczelam zastanawiać się – jak tu wygladaja sluby oraz gdzie się ludzie poznają. Mąż jak zwykle ma odpowiedz na wszystkie moje dziwne pytania – ludzie musza się poznawać w szkole albo jeśli wyjada na dluzej do miasta na studia czy tez do pracy. Chyba ma tu racje. Gdyby tak moc dluzej porozmawiać z miejscowym to byłoby super.
Droga do Queenstown zaczela biec przez rejony naprawde mało zaludnione i z mala iloscia wody – góry i jeszcze raz góry, pagórki a na nich takei brazowe, jakby wysuszone trawy.
Dotarlismy do celu o zachodzie slonca nad tutejeszym jeziorem Wakatipu (te maoryskie nazwy sa strasznie trudne do zapamiętania). Znow recepcje w dwóch hotelach zamknięte i jedynie karteczka gdzie dzwonic w sprawach nagłych. Na szczęście w trzecim recepcja była otwarta jeszcze i dostalismy pokoj – taki domek na kurzej lapce ale za to z widokiem na jezioro.
Wieczorem nastapil czas na przepierki ubraniowe oraz obejrzenie w TV kolejnej relacji z wiztyt ksiecia Karola – w każdych wiadomościach to najwazniejsza informacja dnia. Druga zas – ze 2 osoby uciekly z tutejszego wiezienia i sa to grozi przestępcy. N a szczęście my ich nie braliśmy jako autostopowiczów:-)
wtorek, 13 listopada 2012
Omau – Franz Josef czw 8.11.2012
Plan był, by wstać rano i pojsc na plaze…. A ostatecznie skonczylo się na sniadaniu o 7 rano u naszych gospodarzy w ich domu. Tak jak podejrzewaliśmy – domy sa domieszkania i maja być wygodne a nie do gromadzenia wielu zbytecznych rzeczy (chyba musze przejrzeć swoje rzeczy, bo sporo z nich lezy bezużytecznie) czy tez posiadaniu dużej liczby pokoi. Wewnatrz było wiec bardzo praktycznie – pokoj gościnny z TV i dużym telewizorem oraz polka z książkami, do tego mala kuchnia…. Do reszty nei zagladalismy, bo pewnie to była sypilania i toaleta gospodarzy. A swiat jest bardzo maly – bo okazało sie, ze siostrzenica pani wlascicielki ma meza Polaka i mieszkają razem w Australii. Poznali się, gdy ta siostrzenica zwiedzala Europe i zawitala do Polski. Pani wcyhwalala Krakow – ze slyszala, iż jest bardzo piękny. To juz drugi akcent polski – pierwszy w wiosce Maorysow (tych od tej 27literowej nazwy), gdzie pani sprzedajaca bilety z duma powiedziała, ze babcia jej meza była z Polski i miała na nazwisko Moscicki. Chyba nie ma skrawka ziemi, żeby nie znaleźć cos z Polska związanego.
Ponieważ byliśmy blisko wybrzeża – poszliśmy na plaze z nadzieja, ze zobaczymy pingwiny…. Niestety nawinela się nam miejscowa weka, która na zdjęciu obok.
Dotarliśmy az do ruin starej latarni morskiej, gdzie obok jest już nowa – zasilana promieniami słonecznymi. Przeszlismy sporo plaza z nadzieja na znalezienie pingwinow – niestety jedyny akcent z nimi to napotkany znak informacyjny. Mamy nadzieje, ze moze gdzies indziej uda się je nam zobaczyć.
Kilka kilometrow dalej był drogowskaz na kolonie fok – wiec oczywiście skrecilismy. Tu dopisalo nam szczęście – bo wylegiwaly się one na sloncu na nadbrzeżnych kamieniach. Poczatkowo nie sposób było cokolwiek zauwazyc, bo tak swietnie były wpasowane do otaczajacyh je kamieni.
Od czasu do czasu wydawaly jakies odlgosy – jakby prowadzily miedzy sobą konwersacje a inne lezaly rozleniwione od czasu do czasu poruszając tylnymi pletwami . Krzys zrobil im cala serie zdjęć – wiec obok fotka pt: ile fok na zdjęciu jest uwiecznionych:-) Czekamy na odpowiedzi.
Ostatnim pingwinim akcentem – był znak drogowy, który napotkaliśmy po drodze – nie mogłam się oprzec, by nie mieć fotki z taki ostrzeżeniem.
Kolejny punkt zwiedzania zawdzięczamy Marcinowi Blonskiemu i pokazanym przez niego zdjęciom z Punakaiki – czyli w skrocie mowiac skaly naleśnikowe. Natura nas znow zadzwila swym pięknem – po prostu sa to skaly, gdzie nalozone sa na siebie poziomo rozne typy skal i erozja tak podzialala, ze wygladaja one teraz jak polozone jedne na drugi naleśnik.
Obok zas Morze Tasmanskie z piekna niebiesko-szmaragodowa woda. Calosci dopelniaja oczywiście latające mewy i rozne zielone rosliny. Jest tu jak w raju…. tylko jak zwykle należy przejsc wyznaczonym szlakiem i nie można wychodzić poza ogrodzenie. Takie nasze wspólne spostrzeżenie, ze wszystko jest w Nowej Zelandii ogrodzone – nie da rady nawet wejść do lasu, bo sa one prywatne, polezec na lace również – bo jest ogrodzona. Z drugiej storny w miescie domy nie maja wcale zadnych siatek – czasami może max 50cm murku w charakterze raczej ozdoby niż w funkcji pelnienia ogrodzenia. Nawet jeśli jest się w lesie w parku krajobrazowym to należy poruszać się wyłącznie po wyznaczonej trasie.
Odwiedzilismy również tutjeszy las – jaknajbardziej tylko i wyłącznie idąc wyznaczona trasa, by moc poznac rosnące tu rosliny, gdzy była specjalna sciezka edukacyjna z opisaniem poszczególnych drzew i krzewow. Najbardziej charakterystyczne dla Nowej Zelandii sa paprocie, ktore
z daleka wygladaja w pierwszej chwili jak palmy. Dopiero, gdy podjedzie się bliżej, można zauwazyc ze to taka nietypowa paproc. Sa one naprawde gigantycznych rozmiarow – bywaja 3-5 krotnie wyższe niż ja (należy pamietac, ze mam 154cm wzrostu a Krzys twierdzi ze maja niektóre okazy wiecej niz 10m). Oprocz tego rosna tu tez palmy – tylko ciut inne niż te w Afryce i zgodnie z przeczytanymi informacjami – jest to jedyna palma na swiecie rosnaca w swym naturalnym srodowisku.
Jechalismy droga wzdłuż zachodniego wybrzeża i nasze oczy widzialy często widoki prosto na pocztowke. Najczesciej powtarzanym przez nas zdaniem było „Ale tu jest pięknie!”.
Zaczelismy nawet szukac synonimow do „pięknie” ale lista ich naprawde jest krotka. Widoki z zza okna samochodu były tak jak te na fotografii obok – niestety tylko woda zimna jeszcze, bo ok 20C na zewnątrz i bardzo wietrzenie.
Udalo mi się tez wyrwac z rak Meza aparat fotograficzny – i zrobić mu choć kilka zdjęć, żeby nie było tak, ze szewc zawsze boso chadza. Poza tym musza być jakies dowody na to, ze podróżujemy razem a nie tylko ja z jakims paparazzim.
Niestety ale dzisiejsza pingwionowa przygoda się nie skonczyla – spotkaliśmy bowiem w Greymouth trochę niekonwencjonalnego manekina. Tym samym oprócz kiwi i paproci (lisc paproci znajduje się na okładkach nowozelandzkich paszportow) – pingwin dolaczyl do symbolow Nowej Zelandii. Samo miasto laczy swa historie powstania ze znajdującymi się tu zlozami wegla, które sa do tej pory eksploatowane. W samym zas centrum – może gora 10 budynkow z datami pwostana przełom XIX / XXw. My jednak będziemy kojarzyć je z trzema rzeczami:
- dziwnym samochodem napotkanym na jednej z ulic
Czy w ogóle „to” można nazwać samochodem, bo nie jest to produkcja seryjna chyba?
- pierwszy raz natknelismy się policje – i to od razu 2 panow na sluzbie. Stali na ulicy kolo psa przywiązanego do latarnii przy knajpie. Zaczeli szukac wlasciciela psa, gdyż stal on na sloncu i był bez kagańca zadnego, wiec mogl ugryźć przechodnia. Szybko zlokalizowano posiadacza psa i wypisano mu mandat.
- przeswietna knajpa Meggie’s Kitchen, gdzie zjedliśmy nasz obiad, czyli typowe nowozelandzie potrawy: fish&chip (ryba z frytkami) oraz burger.
Obsluge stanowią tu same panie – i to glownie w wieku 50lat+. Wszystkie sa ze sobą bardzo zaprzyjaźnione i wygląda to, jakby kilka koleżanek się skrzyknelo i prowadzilo taki barek. Wszystkie bardzo usmiechniete i przemile, gotowe pomoc we wszystkim. Mnie raczej zastanowilo to, iż panie w wieku 70+ nadal pracują. Czy to wynik tego, ze nie ma kto pracować, bo młodzi wyjechali do dużych miast bądź wyemigrowali do pobliskiej Australii, a moze raczej sposób na zycie, by po emeryturze nie siedzieć samemu w domu. Niestety mamy zbyt mało kontaktow z miejscowymi, by moc choć torche pomeczyc ich nurtującymi nas pytaniami co do Nowej Zelandii. Nie wszystko można znaleźć przecież na gogle czy Wikipedii.
Dzieki poleceniu pani z punktu informacyjnego w Punakaiki trafiliśmy w przecudowne miejsce – Hokitika George Bridge. Co prawda droga wiodla pprzez ogromna doline, gdzie średnio raz na 5-10min jazdy pojawial się jakiś dom posrod pol uprawnych i oczywiście pastwisk z owcami i krowami. Ostatni fragment drogi to szrut. Ale dotarliśmy do najwilgotniejszego miejsca w Nowej Zelandii – 12m (tak metrow!) opadow rocznie. Nam się udało trafic, jak swiecilo slonce :-)
Szlak wiodl poprzez las, a potem nad rzeke, gdzie był piękny most linowy. Jak się stanelo pośrodku i zaczelo bujac – to można go było bardzo rozbujać, ze nie sposób isc po nim równo. Potem znow trochę przez las wzdłuż rzeki, która robila się coraz bardziej szmaragodowa. Jak do tej pory dla mnie przejście rpzez ten most to najpiękniejsze wrazenie z całej Nowej Zelandii. Maz ma inny swój ulubiony punkt – ale o tym później.
Chcialabym troche jeszcze napisac o tym, jak Krzys i ja postrzegamy miejscowych ludzi. To sa indywidualiści – co można zobaczyć po skrzynkach na listy.
Kazda jest inna i pokazuje gospodarza. Sa one zazwyczaj stojące przy drodze a dom gdzies 2km od drogi w oddali. Zdarzaja się skyrznki zrobione na zasadzie „recyclingu” – czyli zrobione własnym sumptem z jakichś metalowych resztek albo drewiniane w ksztalcie karmnika czy tez budki dla psa.
Po prostu - zawrot glowy od ich niekonwencjonalności. W miejscowości Ross trafiliśmy jeszcze na bardzo nietypowy dom – ogrodzenie w rejestracjach samochodow glownie z USA a wokół domu zbieractwo najróżniejsze – od starych sprzetow rolniczych poprzez z tylu podobiznę zapewne wlasciciela w stroju do rugby.
Jakby nie bylo rugby jest tu dla panow tym czym pilka nozna w Europie. Najlepsza druzyna nazywa się tu Blacks (Czarni) i często na domach, scianach można spotkać napisy „All for Blacks” – i przynamniej nie chodzi tu o czarnoskóre osoby tylko te wlasnie druzyne. Na czym polega rugby – nie zglebialam, bo zapewne jakies skomplikowane zasady. Kolejnym sportem uprawianym naologowo jest tu obstawianie koni. Jak byliśmy we wtorek w Wanganui i weszlimy do knajpki na kawe, to trafiliśmy na transmisje wyscigow. Wewenatrz siedziało kilkanaście pan mocno rozemocjowanych, które nei odrywaly oczu od ekranu telewizyjnego i często zagladaly do gazety – tam pewnie był spisw wszystkich gonitw. To była transmisja z Australii (wyścigi sponsorowane przez uwaga: Emirate Airlines!!!), gdzie na trybunach siedziały panie w ogromnych kapeluszach. Zapewne to odpowiednik Ascot w Wielkiej Brytanii. Mimo wszystko Nowa Zelandia jest bardzo brytyjska – poza angielskim, który ma mało zrozumialy akcent i trzeba się wsluchiwac bardzo.
Wracajac jednak do Ross – to zobaczyliśmy tam jeszcze jeden dziw – slub z wiatraczkami plastikowymi.
O co w tym chodzi – nie mamy pojęcia, chyba po prostu komus się tak zachciało i już – miał ochote to zrobil. Zaczelismy isc na szlak dawnych poszukiwaczy zlota – ale po 20min zrezygnowaliśmy, gdyż szlak trwalby ok 2h a nas jednak gna do prozdu, bo musimy dotrzeć do lodowca Frnaz Josef, który czeka na nas jutro.
Zgodnie z drogowskazem w Ross – pognaliśmy tymi prostymi jak stol ulicami zostawiając miasteczko za sobą. Takie typowe dla Nowej Zelandii – male, z okresme swietnosci, który dawno temu minal i obecnie dla wielu stanowi juz raczej wioske.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
