wtorek, 22 lutego 2011

Liban - polnocna eskapada czyli dzien ze zgubami (pn 21.02)

Poniedzialek zaczal sie roboczo - czyli pobudka o 7 rano tutjeszego czasu a spac poszlimy ok 2 czy 3 nad ranem w ndz, wiec bylo troche ciezko. Pogoda nie byla zachwycajaca - niebo lekko zachmurzone, ale temperatura ok 18C. Pierwsze rozczarowanie dnia - wszystkie knajpy ok 8 rano dopiero sie otwieraja i nawet nasz BarBar dopiero zaczynal prace. Udalismy sie na dworzec autobusowy Cola, ktory jest...na rondzie, gdzie stoja minibusiki. Niestety panowie z budek kebabowych tu tez byli w powijakach i nasze sniadanie ograniczylo sie do plaskiego placka chleba z tymiankiem. Wsiedlismy w jeden z wehikulow transportowych i ruszylismy do Tripoli. Tu trzeba zaznaczyc, ze w arabskim brzmi to Trablous, co po angielsku oznacza klopotliwy. W naszym przypadku sprawdzilo sie niestety w 100%:( Po wyjsciu z busika okazalo sie, ze Mirek zostawil w nim... swa czapke. Probowalismy zlokalizowac pana kierowce, ale niestety to bylo jak szukanie igly w stogu siana. Ruszylismy wiec w kierunku slawetnej twierdzy. Pytalismy o nia kilku miejscowych, ale ani slowo "citadel" czy "ruins" po angielsku nic im nie mowilo. Probowalismy tez zagadywac po francusku - to konczylo sie odsylaniem w przeciwnych kierunkach. Pytalismy zatem o khala, czyli po arabsku twierdze - sytuacja identyczna. Poszlismy w koncu na bazar, a tu napotkalismy niejakiego pana Samera mowiacego po angielsku. Zaprosil nas do swej knajpy, ale jako, ze mielismy inne plany poprosilismy jedynie o wskazanie wlasciwego kierunku. Wtedy pan szlachetnie wskazal paluchem poszukiwana twierdze. Jak przystalo na budowle obronna byla otoczona "zamaskowanymi" czolgami i krecili sie wokol niej "zamaskowani" zolnierze. Zastanawialismy sie jak mamy ja zdobyc i wejsc do srodka - pokazano nam wtedy szlachetnie paluchem waskie na stope schody i przeparadowalismy przed samym posterunkiem wojskowym. Cala cytadela stanowi obecnie plac budowy - wszystko rozkopane i zero pracujacych. Za wejscie na plac budowy skazowano nas po 5 USD od twarzy. Nie bylo znizek dla kobiet ani studentow, za to mozna bylo wejsc bez kasku ochronnego. Dopiero jak wychodzilismy, to raczylo sie pojawic dwoch miejscowych, by rozpoczac prace polegajaca na posiadywaniu na traktorze. Jedyny plus twierdzy - piekne widoki wokol.
Po zwiedzaniu okazalo sie, ze nie mam przewodnika. Nie bylo go w twierdzy, nie mieli go "zamaskowani" zolnierze ani tyrajay ciezko robotnicy. Droga eliminacji doszlismy do tego, ze zostal u pana Samera. I na szczescie faktycznie tam byl. Swiety Antoni w tym przypadku dal rade ;)Zostalismy zaproszeni na obiad, gdzie zachwycil nas bob z fasola - wszystko razem wymieszane z rewelacyjnymi przyprawami. Probowalismy dowiedziec sie, co mozna zobaczyc jeszcze w okolicach Tripolis... na wszystkie pytania o ciekawe miejsca w okolicy padala optymistyczna odpowiedz: nothing interesting. Jedynie Byblos mial byc warty zobaczenia, ale to dawno juz wiedzielismy. Za zaproszenie na obiad zabulilismy ...20USD :( Ot taka goscinnosc libanska;)
Ruszylismy zatem do Byblos...
Tam czekaly na nas naprawde ogromne ruiny twierdzy, a do tego dawne fenickie, romanskie i bizantyjskie pozostalosci budowli. Calosc robi mega wrazenie, a trzeba miec swiadomosc, ze w Byblos ok. 16 wieku p.n.e. narodzil sie alfabet, z ktorego powstaly alfabety arabski i lacinski. Wczesniej istnialy tylko hieroglify. Dzieki Bybnlos dzien okazal sie absolutnie nie stracony :)
Wrocilismy do Bejrutu ok 18tej i oczywiscie wyladowalismy na kolacji w BarBarze - jak zawsze niezawodne miejsce z przepysznym jedzeniem.

Spostrzezenia, jakie dzis poczynilismy:

-jazda + ruch uliczny
W skrocie: wariactwo, wariactwo, i jeszcze raz wariactwo. Kierowcy pedza tak, jakby byli uczestnikami formuly 1. Ma to swoje dobre strony, bo wszedzie mozna sie dostac stosunkowo szybko a rzadko kiedy na liczniku jest mniej niz 100km/h - nawet gdy stoja:-) Kroluje prawo wiekszego - mniejszy winen zjechac i ustapic wiekszemu-ale z drugiej strony, jesli mniejszy jest sprytniejszy, to prawo wiekszego nie dziala.

- uczestnicy ruchu ulicznego
W ciagu jednego dnia naliczylismy 3 rolls-royce, ok 10 hammerow, multum infiniti i lexusow. Poza tym od groma dobrze utrzymanych toyot, nissanow. Wiekszosc oczywiscie z przyciemnianymi szybami. To jest jedna strona - tzw bejrucka. Druga - to tabor transportowy poza stolica, gdzie mamy arabski sznyt: poobijane, przerdzewiale, wszechobecna bezmarkowosc, drzwi na sznurek, itd...
Przechodzi sie przez ulcie tam gdzie sie chce aczkowliek jest to zwykle walka o zycie: uda sie albo nie. Dobrze wiec zamknac oczy i isc prosto przed siebie.


I na koniec pytanie konkursowe - jaka czesc samochodowa jest najbardziej zuzyta badz najczesciej nadajaca sie do wymiany w libanskich samochodach? Przewidziane cenne nagrody za prawidlowa odpowiedz:-)

niedziela, 20 lutego 2011

Liban - weekend w Bejrucie (19-20.02)

Wystartowalismy z w-wy punktualnie o 12.40 wchodzac do samolotu na final call,z przesiadka w Paryzu.Sprawnie wyladowalismy w Bejrucie o 21.30 tutejszego czasu. Temperatura ok. 20C, a miejscowi w kurtkach z futrem:-)Taksowka za 15 USD dotarlismy do naszego milego hotelu Embassy w centrum dzielnicy Hamra. Trzeba przy tym zauwazyc, ze tutejsi kierowcy tak napieraja jeden an drugiego podczas rajdowej jazdy, jakby chcieli mu sprzedac berka :)Trzymaja sie za pojazdem przed soba doslownie na grubosc lakieru. Na przeciwko hotelu mamy rosyjska knajpe Kazkaja! Po zrzuceniu bagazy w pokoju i szybkim przebraniu ruszylismy na wieczorny spacer promenada wzdluz Morza Srodziemnego. Pierwsze wrazenie o Libanie po przejazdzce taxi oraz spacerze, ze wszyscy sa tu bogaci. Takiej liczby hammerow i samochodow z wyzszej polki to chyba doswiadczylismy wczesniej w Omanie. Promenada ponadto jest punktem obowiazkowym przejazdu orszaku weselnikow wychylajacych sie przez okna swoich aut i trabiacych jak wsciekli. Sobotnie zwiedzanie bylo noca - wiec stanu czystosci nabrzeza nie mozemy poswiadczyc, ale woda morska na pewno byla przejrzysta. No i ludzie na promenadzie wszyscy okutani w puchowki i czapki podczas gdy Mirek paradowal w t-shircie :)
Spacerujac bulwarem natknelismy sie na cale mnostwo wedkarzy. Najbardziej podobaly sie nam bulwarowe lawki wykonane z mozaiki i sponsorowane przez rozne firmy - moze by tak u nas w Sopocie zaadoptowac kilka siedzisk ;)
Oprocz bulwaru chcielismy zobaczyc tutejszy odpowiednik paryskiego Champs Elysees nazywany tu Solider. Jeden z miejscowych tak nam to zachwalal, ze ponoc to miejsce jest znacznie piekniejsze niz paryski odpowiednik. Niestety okazalo sie nie do konca prawda. Nasz godzinny spacer zakonczyl sie w jakiejs super nowoczesnej dzielnicy pelnej pozamykanych sklepow z wyzszej polki i braku zywego ducha na ulicach. Powrot do hotelu okazal sie ponad 1.5h tulaczka, bo mapa kompletnie nie koresponduje z tym, co jest napisane na tabliczkach z nazwami ulic. Ponadto miejscowi chcac pomoc wprowadzaja dodatkowy zamet. Udalo mi sie na jednej ulicy uchwycic 3 tabliczki z trzema roznymi nazwami! Co wiecej przewodnik jaki mamy ze soba radzi, by zawsze miec przy sobie telefon miejsca, do ktorego sie jedzie, by w razie czego taksowkarz mogl zadzwonic i dopytac o droge dojazdu. Nie pomagal nam rowniez fakt, ze o godzinie 1 w nocy wylaczane jest oswietlenie uliczne, co skutkuje nie egipskimi, ale bardzo zblizonymi libanskimi ciemnosciami...Ostatecznie dzieki spotkanemu Francuzowi pracujacemu w Bejrucie dotarlismy do hotelu, skad udalismy sie do ponoc najlepszego (tak nam mowil pan baraman z baru) w Bejrucie o nazwie Danny's. Wszyscy mlodzi mowia bardzo dobrze po angielsku zas wiekszosc po francusku (kiedys Francja miala tu swoj mandat Ligi Narodow nad tym terenem. Wybor drinkow w barze oszalamiajacy! Ale... brak polskiej wodki:( Mozna sprobowac co najmniej 3 marek rosyjskich a i nawet Becherovki. Moze warto rozwazyc handel naszego Polmosu z Libanem? No i jeszcze jedno - tu nadal mozna palic a knajpach... Ech stare czasy u nas ;)

Dzis byl dzien tzw pobudki naturalnej - czyli bez budzika... co skonczylo sie powstaniem o godzinie 12tej czyli pora na Aniol Panski :) Nim sie wygrzebalismy z hotelu bylo po 13tej, czyli zajac gotow - mozna zaczynac;) Slonca dzis prawie nie widzielismy - za to byly przelotne oberwania chmur.

Pierwszy punkt programu - pozne sniadanie. Zgodnie z poleceniem pana barmana z wczorajszej knajpy, ruszylismy w kierunku przybytku o nazwie BarBar. Jest to siec tutejszych libanskich fastfodow, gdzie mozna zjesc z 10 rodzajow roznych szaszlykow z mielonych mies i wiele potraw tutejszej kuchni. My wybralismy sobie prawie pol menu do testowania. Stol wyraznie sie uginal;) Furore zrobila rzecz tak banalna jak... siekana pietruszka z kawalkami pomidora polana oliwa i dodatkiem soli i pieprzu. Po prostu palce lizac! Na dodatek miesa rewelacyjnie przyprawione i humus rozplywajacy sie w ustach. Mi najbardziej podobalo sie cudo - paski jakiegos warzywa w kolorze rozowym. Jak sie okazalo to jest rzepa zabarwiona sokiem z burakow.
Jako, ze jestesmy rasowymi turystami, ktorzy rzadza sie swoimi prawami, czesc rzeczy zapakowalismy sobie na pozniej. Ot tak, co by przypominac sobie ten smak w ciagu dnia;)

Przerwa w ulewach pozwolila nam podjac decyzje o marszu do tzw "Pigeon rocks" - czyli 2 czy 3 skal w zatoce, o ktore rozbijaja sie morskie fale. Ulewa poki co nas oszczedzila, ale nie oszczedzil nas porywisty wiatr urywajacy wprost glowe. Z urwanymi glowami dotarlismy do skal, ktore sa naprawde olbrzymie. Ledwo zdazylismy zrobic zdjecia, nastapilo kolejne oberwanie chmury, ktore zalalo miejsca urwanych glow ;) Pierwsza z brzegu taryfa ruszylismy do bejruckiego National Museum. Gdy dotarlismy Mirek stwierdzil, ze winno nazywac sie arechologiczne i po 3 min zginal z sal. Prawda jest taka, ze sa tam jedynie rzezby, monety i wszelkiego rodzaju skorupy uzytkowe, troche bizuterii - wszystko z czasow przed narodzeniem Chrystusa. Mozna by sadzic, ze nowozytny Liban nie wydal na swiat zadnego zdolnego malarza, rzezbiarza czy muzyka. Co do tych ostatnich, to sluchajac tutejszego radia mozna odniesc podobne wrazenie ;) Cale szczescie, ze sa tez zeuropeizowane stacje radiowe nadajace tez "ludzka" muzyke.
Mi najbardziej spodobaly sie pudelka z przyborami do makijazu z okolo 3500 r pne. Nawet teraz posiadanie takiego cudenka byloby niekiepska rzecza.
Po 20min wizycie w muzeum ruszylismy na piechote w kierunku naszego hotelu. Po drodze wstapilismy na tutejszy hipodrom, gdzie wlasnie trwaly przygotowania do wyscigu. Jednak wczesniejsza ulewa spowodowala, ze hipodrom wygladal jakby byl przygotowany do walki koni w blocie;) Nam nie chcialo sie jednak czekac i zwinelismy sie predziutko dalej.

Idac glowna ulica minelismy 4 czolgi, ktorych nie pozwalaja tu fotografowac - ale dzieki naszej pomyslowosci prawie kazdy jest zarejestrowany;). Czolgi stoja chyba w celach propagandowych, ze dzielne wojsko jest i czuwa. Bylo takze kilka punktow wojskowych kontroli w pelnym zamaskowaniu, ale nie na tyle dobrym, zebysmy ich nie zauwazyli i nie sfotografowali ;) Wojskowi cichociemni - od siedmiu bolesci...
Znudzeni marszem podjechalismy taxi do hotelu.
Na wieczor wybralismy sie do tzw. downtown na Place d'Etoile, ktory okazal sie wymarlym miejscem z na wpol pozamykanymi knajpami, wiec ucieklismy stamtad do "naszej" tetniacej zyciem Hamry.

I jeszcze garsc spostrzezen i uwag dla co bardziej zainteresowaych:
- zabudowa miasta
Ogolnie wszedzie wiezowce z apartamentami, wysokiej klasy hotele, rozpoczete place budowy (nawet jeden ma wnetrza projektowane przez marke Versace). Pomiedzy nimi puste male place z parkingami dla samochodow i ciecie pilnujacy wozow. Od czasu do czasu trafia sie jaksi stary budynek w oplakanym stanie, badz poniszczone po wojnie domowej pustostany.

- ludzie
Wiekszosc o rysach arabskich: czarne oczy i wlosy, sniada cera, co akurat nie dziwi, ale mozna tez spotkac osoby z niebieskimi oczami mimo sniadej cery i czarnych wlosow. Zdarzaja sie tez ciemni szatyni. Nie wysocy, wiekszosc raczej lekko pulchna.
Zadziwiaja nas jedynie napotykani czarnoskorzy. Naprawde jest ich tu dosc sporo i nurtuje mnie z powodu jakich zawirowan historycznych sie tu znalezli. Dzis spotkalismy tazke skosnookich, zas w kafejce internetowej siedziala pani zasuwajaca po rosyjsku przez Skype'a, z wlascicielami kafejki rozmawiajaca po arabsku i chyba dobra ich znajoma. W Libanie jest ok 4.4mln ludzi, a ponoc 10mln Libanczykow zyje poza granicami. Sa wszedzie - od Brazylii przez Francje, Niemcy itd... Miejscowi twierdza, ze na przyklad wicepremier w Brazyli ma libanskie korzenie.

- zarobki
Sredna krajowa to ok.500USD, zas wynajecie 1-pokojowego mieszkania to takze ok. 500-600USD. Poziom zycia w Bejrucie dosc wysoki, a i ceny na poziomie europejskim. Skad wiec wszycy maja kase i takie samochody, podczas gdy jest tu 20% bezrobocie? Ponoc w rekach libanskich jest kontrola wydobycia diamentow w RPA, finanse mafii wloskiej rowniez - a to juz chyba wiele tlumaczy. Ponadto brak tu klasy sredniej - albo sie jest bogatym albo biednym. Nic pomiedzy...

- religia
Zgodnie z tym, co mowil nam wczoraj pan barman jest tu ok.20 wyznan i kazde z nich ma jakies swoje prawa polityczne. Stad byc moze do tej pory brak tu zamieszek na "egipskiej fali". Na przyklad jesli prezydent jest muzulmaninem, to wiceprezydent czy premier musi byc innego wyznania i vice versa. Fenomenem sa maronici. Jest to odlam chrzescijan chyba z IVwieku, ktorzy schronili sie w libanskich gorach i nie przyjeli wielu postanowien synodow... Stad jakiez bylo zdziwienie wypraw krzyzowych, ktore chcialy uwolnic tutejsze ziemie od innowiercow, a natrafily na... chrzescijan! Mozna na ulicy spotkac panie w chustach na glowie, ale ogolnie wszystko jest dozwolone - nawet calowanie sie na ulicy. Ja osobiscie ubolewam nad tym,ze nie wzielam zadnego zestawu do make-upu, bo wygladam jak szara myszka, podczas gdy panie na ulicy w pelnym zestawie upiekszajacym. Jakby byly non stop przygotowane na jakas nieoczekiwana impreze ;)

- ruch drogowy
prawostronny, ale klaksony w ciaglym uzyciu. Zgodnie z tym co mowi przewodnik najwieksza trudnosc w tej czesci swiata to ruch uliczny. Nas najbardziej bola glowy od stale zatrzymuajcych sie obok nas taksowkarzy, ktorzy trabia, by nas gdzies podwiezc. No istny bejrucki sajgon ;)

Teraz chyba polecimy na jakiegos drinka lub moze... ciacho...:)

PS. A w kafei internetowej podkladki pod myszki z napisem "Logitech" - a to zdaje sie polska firma...

Kuba - zdjecia

Po po opisaniu zostana umieszczone

Kuba - uzpelnienie

W perwszym mozliwym terminie to uzupelnie....

sobota, 4 grudnia 2010

Kuba - Viniales dzien drugi lamania serc (wt 30.11)

Dzis dzien zaczelam od internetu, ktory tu dziala jak za krola swieczka i nie psosob bylo przez1h otworzyc zadnego maila z wp.pl. No coz - zlosc urodzie szkodzi, wiec lepiej sie nie wkurzac. Potem porkecilam sie po miasteczku - naprawde urocze i w co drugim domu tzw casa particular, gdzie przyjmuja miejscowi turystow. I wlasnie wszedzie chodzace biale twarze troche mnie wkurzaly. Ale staram dostrzegac i pozytywy: wypoczelam, posiedzialam na werandzie, zajelam sie nic-nie-robieniem jak to miejscowi maja. Po prostu Cuban Style.

Po poludniu - ok 15tej wybralam sie na piesza wycieczke po oklicy, ktora slycnie z upraw najlepszego tytoniu na swiecie.
Wybralam sie z panem Jose, ktory na koneic wycieczki wreczyl mi przepieknego kwiata i balagal, bym poszla z nim dzis na salse. Oni naprawde maja pradkosc swiatla w stwierdzaniu ze sie zakochali. Dla mie to taki PR i puste slowa. Nie mniej jednak jak juz pisalam - wszystkei zdolowane kobiety trzeba wsadzac w samolot i tu na weekend na terapie i dowartosciowanie.

Od Jose - jest tu typowym rolnikiem dowiedzialm sie wielu rzeczy:
- panstwo decyduje co gdzie ma byc uprawiane. Tu jest przumusowa uprawa tytotniu, bo sa najlepsze ziemie i jesli rolnik nie chce, to mu zabieraja ziemie i daja komus innemu
- 90% musi byc oddanego rzadowi po cenach wyznaczanych przez rzad a 10% rolnik mzoe sam sprzedac badz zostawic na wlasna konsumpcje. Dotyczy to wszystkiego: owocow, warzyw, ryzu, tytoniu itd...
- jesli ktos chce byc prywatnym rolnikiem to ma droge przez meke ' nie ma dostepu do narzedzi, nawozow i sadzonek. Stad wiekszosc oddaje rzadowi a ten tworzy tzw finca - odpowiendiki naszych dawnych PGRow
- konie, krowy oraz swinie za zainwenatryzowane i rolnik nie mzoe tego sam zabic - musi oddac do punktu skupu prowadzonego rpzez rzad. Niestaty nie da rady sobie na boku prosiaczka zostawic, bo sasiedzi kabluja i donosza jedni na drugich
- za zabicie krowy bez zgody panstwa - kara 10 czy 20 lat
- dotykalam ryzu - wyglada jak nasze zyto ... a ja przez cale zycie myslalam, ze on znajduje sie w ziemi
- jada sie tu tez cos o nazwie yuka - myslalam, ze to jak nasze juki w domach.. a to calkiem cos innego i je sie korzenie tej rosliny
- popularna jest to rowniez malanga - odpowiednik naszego ziemniaka
- wszyscy rolnicy chodza tu na zielono - takie maja robocze ubranie... jak sie patrzy na pole to czlowiek ma wrazenie, ze ci ludzie jakby pracowali w obozie. I co gorsze na te upaly - kalosze na nogach!
- maszyny - nalezy zapomniec. Poziom jak w RP przed II wojna swiatowa - wszystko recznie, plug, bawoly badz byki w zaprzegu
- i na co drugim domu we wsi napisy - Fidel vive! na przerdzewialej jakiejs blasze czy kawalku poszarpanego plastiku

Po prostu na to wszystko serce sie kraje, ze ludzie w XXIw tak sie mecza.

Dzis wiecozrme grzecznie poszlam spac (sama) - jutro o 7 rano mam autobus do Trinidadu

Przepraszam za opoznienie w pisaniu - ale to z racji dostepnosic i powolnosci internetu.

Kuba - Viniales (pn 29.11)

Pobudka o 6 rano, bo o 6.45 mialam transport na dworzec autobusowy. Musialam jechac na glowny, gdyz wszystkei bilety byly w rezerwacji i jedyna szansa w tym, ze ktos nie przyjdzie i sie zlapie - tak tlumaczyl mi Gorge. Ale na miejscu wszystko zrozumialam - tu po prostu sprzedaz biletow nie jest skoordynowana komputerowo. Kazde miasto ma jakis przydzial do sprzedania i nikt nie weryfikuje, czy w innym miescie sa jakies wolne zostawione. Glwony dworzec - pozal sie Panie Boze ' jakby wczoraj przeszedl huragan. Najwiekszy sentyment - tu nadal obowiazuje kasy jakie pamietam z dziecinstwa. Ubawila mnie tez informacja. Siedza na niej 3 panie:
- pierwsza spi na krzesle
- druga robi sobie wlasnie makijaz
- trzecia odpowiada na pytania i to takim tonem, jakby byla oburzona, ze ktos przeszkadza jej w pracy.
Od 7 do 9 rano mialam koczowanie na dworcu, bo moj autobus okazal sie byc godzine pozniej niz twierdzil Gorge.
Komunikacja autobusowa jest tu bardzo sprawna - ale niestety jest podzial:
- firma Astro - nia moga jezdzic jedynie miejscowi i turyscie nie wolno
- Transtur, Via Azul oraz Transgaviota i Havanatur (ta ostatnio niby rzadowa ale nalezy do Raula Castro). Bilety sa astronomicznie drogie - mysle ze ok 30 razy drozsze niz w przypadku Astro. Jest to chyba sposob pana fidela na wyciskanie dewiz od turystow. Wkurza mnie to strasznie i meijscowych sie pytam - ze skoro socjalizm mowi o rownosci to dlaczego ja mam placic za niektorze rzeczy 20 razy drozej? Przykald snikiers kosztuje tu 6CUC, czyli ok 5 Euro!!! Totalna przesada.

Co do pociagow - wszyscy powtarzaja by nimi nie jezdzic, bo sa kompletnie niepunktualne i czesto odwolywane. Ale moze gdzies pozniej sie przejade.

Droga do Vniales miala trwac 3h wyszlo 3,5h z obowiazkowym zatrzymaniem sie na obiad w skpecilanej knajpie z cenami dla turystow. Czuje sie obecnie jakbym zwiedzala w autobusie rezerwat, ktore sie nazywa Cuba i mieszkaja w nim ludzie, z ktorymi nie powinnam sie kontaktowac.

Na przystanku czekala na mie Seniora Pupil trzymajac w reku kartke z mym imieniem. Autobus bowiem zostal oblezony przez wiele osob z karteczkami oraz wiele, ktore nie mialy nic i chcialy zaciagnac do siebie. Kazdy bowiem zyej z turystow.
Przecietny Kubanczyk zarabia bowiem 260 - 300 peso - czyli ok 11 -15 CUC, ktory jest odpowiednikiem dawnych naszychh bonow owarowych, na ktore sie wymeinialo dolary Przykladowe ceny:
- hamburger - 10 peso - czyli starczy mu tylko na 26 - 30 hamburgerow w ciagu miesiaca
- buty ok 20-40CUC, czyli musi na nie pracowac 2 miesiace
- T'shirt - ok 7 CUC - czyli 2 tyg pracy
Im dluzej tu jestem to dochodze do wnisoku,ze bez pomocy rodziny za granica nie da rady tu zyc. Inna opcja - moze podrabiaja pieniadze?

U pani Pupil - przemilo. Doslownie od pierwszej sekundy poczulam sie jak czlonek rodziny. Rzucilam plecak i poszlam na objazd tutjeszych atrakcji:
- jaskinie - z ktorych jedna tak ogromna, ze plywa sie w niej lodka
- przepiekne widoki na tutejsze doliny, gdzie uprawia sie tyton glownie
Nawet ublagalam pana z busika, ktory jezdzi wkolko i zbiera turystow badz zostawia, by poczekal na mnie 3 min aby mogla zrobic zdjecia i nie czekala na kolejny busik za 1h.
Przy jaskini rozpoczela sie dyskusja z 3 panami - oczywiscie wszyscy wolni - aczkowliek maja dzieci. Jeden nawet ma stala partnerke i dziecko oraz 2 kochanki w tym samym czasie. Dla niego normalne. I oczwiscie na stwierdzenie a co by bylo gdyby jego kobieta miala kochanka - odpowiada: niemozliwe. A gdy mu tlumacze, ze cos musi byc nie tak, bo skoro na 100 facetow przypada 101 kobiet, to niektore tez musza miec po 2 kochanow - patrzyl sie na mnie z niedowierzaniem i odpowiedzial,ze proporcje na Karaibach sa inne - jest o wiele wiecej kobiet. Tylko z jego polityka zonacza to ze na 100 facetow musialby byc przynajmniej 180 kobiet a tego nie ma nawet w Chinach!!!

Wieczor spedzilam w miejscowym klubie z kuzynem pani Pupil ' nie ma to jak uczyc sie salsy od Kunaczyka, ktory ma to we krwi! Klub przednai klasa tylkoz a duzo w nim meijscowych pan chcacych wyrwac turystow i zarobic na nich.... ale zawsze jest tak,ze jak jest popyt to pojawia sie i podaz.

Wrocilam porzadnie po polnocy z salsoteki i naprawde warto bylo! I rum rownie zmocny tu maja!:-))
- aparat komorkowy - 50-60CUC czyli ok 4 miesiace pracy

środa, 1 grudnia 2010

Kuba - Havana wita (ndz 28.11)

Rano chcialam sie wybrac na ogladanie hodowli zolwi - zrezygnowalam jednak, bo odkrylam ze o 11.30 musze byc juz na lotnisku a przy braku rozkladow busikow i taxi (nota bene nadal nie wiem, jak ono wyglada, bo na pewno koguta nie ma)moze to grozic zostaniem na dluzej na Kajmanach.
Wlascicielka hotelu byla tak mila osoba, ze zawiozla mnie osobiscie na lotnisko. Zreszta chyba cuzje sie ze mna zwiazana troche, gdyz wczoraj przegadalysmy do polnocy nt jej wnukow i jej 4 dzieci, tego , jak kiedys sie tu zylo. Urodzila sie na wyspie cayman Brac i w wieku 6 lat w czasie zabawy stracila oko a na wyspie nie bylo lekarza zadnego i nikt nie byl w stanie uratowac jej oka. Bieda okropna ' ak u nas w czasie wojny.

Samolot wystartowal punktualnie i caly byl zapelniony Kubancyzkami meiszkajacymi w USA... no bo zaden samolot z USA nie lata bezposrednio na Kube jak i statek. Amerykanin nie moze miec tez w paszporcie zadnej kubanskiej pieczatki. Stad samoloty przez Kajmany i statki przez Kanade. Ponoc jesli statek jakis zawinie na Kube to potem przez 5 lat nie moze wplynac do zadnego amerykanskiego portu.
Co przewoza Kubanczycy do domu potrafi wprawic w oslupienie ' komputery, telewizory plazmowe, zabawki dla dzieci i wiele paczek zapakowany i zafoliowoanych na styl rosyjski.
Troche sie balam, czy bede wpuszczona - ale wczesniejsze zajscie z policja i posterunkiem to chyba bylo zastraszenie psychologiczne mnie. Poszlo bez oporu i kolejny raz zrobiono mi fotke na granicy (robia to wszystkim bez wyjatku. Tym razem jedna tylko zmiana - chyba z racji epidemii cholery na Haiti siedzi lekarz i wszystkich przeputuje gdi ebyli w ciagu ostatnich 3 miesiecy. Poterm skonfiskowano mi jeszcze jablko - nie wolno wwozic owocow i warzyw. Gdybym je miala w zdanym plecaku na pewno by dotarlo. A zeby tradycji stalo sie zadosc to 3 osoby zajely sie przegladaniem muszli, ktore ze soba mialam. Ni emogli kompletnie zrozumiec po co je wwoze. Musialam sie szczegolowo wytlumaczyc ze wszystkeigo i dzieki Bogu - nie skonfiskowano

Taxi, 30 min jazdy i bylam w Casa Mirta. A ze swiat jest maly - przekonalam sie kolejny raz. Wlasciciele tego domu byli przez 2 lata w Polsce, bo gorge pracowal w ambasadzie Kuby w W-wie. Mieszkali na Kieleckiej na Mokotowie i przez dobre 2h byla dyskusja na temat co jak teraz wyglada. Gorge tez duzo slowek pamietal z j.polskiego. A dzieki rozmowie trenuje swoj hiszpanski.

Udalam sie w poszukiwaniu internetu a trafilam na Msze Sw do kosciola. Siedzial przede mna bardzo przystojny chlopak i zaraz po zakonczeniu nabozenstwa spytal sie czy jetem Kubanka. Poczekal na mnie pod kosciolem. Jest Wenezuelczykiem i tu studiuje. Naprawde mila osoba i przynajmniej oprowadzil mnie po okolicy a ja mialam spokoj od zaczepiania mnie przez miejscowych.
Wrocilam ok 21ej do Mirty i Gorge a poznany chlopak zadzownil, by sprawdzic, czy dotarlam. No naprawde godne podziwu.