niedziela, 17 listopada 2013
Tunis – Sousse – Kairouan (pn 2013.11.11)
Pobudka miała być o 7 rano – ale to było zbyt trudne dla nas po tylu kilometrach w dniu wczorajszym. Przy śniadaniu znów zetknęliśmy się z księdzem Belgiem. Znów bardzo interesująca rozmowa – tym razem w jakim kierunku zmierza chrześcijaństwo i wiara. Wyszło, że wiara nie jest modna – dotyczy każdej religii, bo ludzie myślą coraz bardziej o danej chwili i wygodzie – konsumeryzm? Utkwiły mi bardzo słowa księdza, że chrześcijaństwo przyszłości to spotkania w kościele z innymi, by porozmawiać, wymienić się informacjami, bo ludzie będą szukać relacji taki realnych a nie wirtualnych. Przy okazji poznaliśmy też proboszcza parafii w Sousee, którego będziemy odwiedzać pojutrze, bo jest tam jednym z wikariuszy ksiądz Wojciech z Polski.
Pognaliśmy pieszo na stację i udało się nam zdążyć na pociąg o 10.30 do Sousse.
Jak przystało na kraj arabski – opóźnienie 20 min ale to pewnie powiązane z lobby gazeciarzy, którzy sprzedają w tym czasie najnowsze wydania dzienników a pasażerowie kupują, by się czymkolwiek zająć. Mieliśmy bilety na 2 klasę i podane miejsca. Ale jak pociąg wjechał – wszyscy się rzucili do drzwi – jak się okazało numery na bilecie nic nie znaczą i każdy siada, gdzie jest wolne. Wylądowaliśmy więc w wagonie pierwszej klasy, bo tam można było znaleźć coś wolnego. Krzyś się bał, że dostaniemy karę a ja myślałam, że po prostu dopłacimy. Pan konduktor sprawdził bilety i tylko się uśmiechnął do nas. W pewnym momencie jakiś miejscowy pan zaczął roznosić jakieś kalendarze i rozdawać je pasażerom. Wywołało to oburzenie jednego z podróżujących panów, że aż 2 innych mężczyzn musiało ich uspokajać, bo groziło bójką.
Jak wygląda tutejsze TGV? Wagony pamietające okres swej świetności 20 czy 30 lat temu, wszystko prowizorycznie pomontowane – aby trzymało się kupy i jechało. Wszystko mega brudne na zewnątrz, że świat przez te szyby jest totalnie szary. Razem z Krzysiem odnosimy wrażenie, że tu wszystko jest prowizorką, która m tylko ładnie wyglądać na zewnątrz. Nie istnieje też pojęcie wspólnej przestrzeni - bo wspólne to niczyje, więc można wywalić śmieci na chodnik, czy tez peta tu, gdzie się stoi. Mój Tata załamałby się, gdyby to zobaczył, choć w Indiach jest to jeszcze większa skala. Najgorsze jeszcze jest to, że wszędzie pali się papierosy – nawet w wagonie a w restauracji to obowiązkowo.
Idąc od stacji do mediny Sousse odnieśliśmy wrażenie, ze jakoś ładniej tu jest niż w Tunsie – trochę czyściej (albo efekt porannego sprzątania ulic). Dotarliśmy do hotelu El Medina koło Wielkiego Meczetu. Zostajemy tu trzy noce, więc znegocjowaliśmy cenę z 45 dinarów na 30 dinarów za pokój. Najważniejsze, że jest w nim czysto. Proponowano nam telewizor za dodatkowe 5 dinarów – ale w naszym przypadku to nie ma sensu, bo nie uda się nam dużo oglądać nie mówiąc o tym, że przede wszystkim zrozumieć
Rzuciliśmy bagaże i prosto z marszu ruszyliśmy do Kairouan słynącego z małych okrągłych ciasteczek z semoliny z nadzieniem z marmolady i posypanych na górze sezamem. Jest też świętym miastem dla Islamu, gdyż jest w nim grobowiec „przyjaciela” Mahometa, który posiadła 3 włosy z jego brody. Trochę to nam przypomniało Świątynię Zęba Buddy w Singapurze. Pierwszym problemem było dotarcie na przystanek autobusów dalekobieżnych. Na szczęście przy medinie jest zajezdna miejskich autobusów i pan dyspozytor wsadził nas do jednego autobusu. Bardzo mi się podoba tu, że wsiada się na końcu autobusu, gdzie siedzi pani bileter. Każdy jest zobligowany do opłacenia przejazdu, bo inaczej nie wejdzie do środka. Wysiada się zaś przednimi drzwiami. Mieliśmy ogromne szczęście, bo dosłownie za 10 min odjeżdżał autobus do Kairouan. Dobrze, że zapytaliśmy bo tabliczka na nim z nazwą kierunku była w tutejszych arabskich robaczkach. Właśnie – a propos języka. Byłam zawsze przekonana, że w krajach afrykańskich wybrzeża Morza Śródziemnego oraz na Półwyspie Arabskim mówi się jednym językiem – arabskim. Tymczasem każdy kraj ma swój własny dialekt ale ten sam alfabet. To trochę jak z angielskim – że jest British English, American English, itd… W Tunezji mają dużo naleciałości z francuskiego i często odmieniają francuskie słowa wg arabskich zasad.
Po 1h jazdy byliśmy w Kairouan przy meczecie „ Trzech włosów”. Standardowo bilety – 10 dinarów od osoby + 1 dinar za robienie zdjęć. Na szczęście to bilet na wszystkie zabytki w tym mieście (identycznie jak to było w Kartaginie). Meczet jest ogromny z pięknymi zdobieniami w formie kafelków na ścianach. Niestety jak zwykle osoby nie będące muzułmanami nie mogą wejść do środka meczetu – jedynie na dziedziniec.
Tak samo mogliśmy jedynie popatrzeć przez otwarte drzwi na grobowiec tutejszego świętego. Zaczęło mnie zastanawiać, gdzie podziały się posiadane przez niego te 3 włosy z brody Mahometa – są nadal razem z nim, czy tez gdzieś przepadły? Ubawił nas bardzo pan pilnujący wejścia do grobowca – zabrał Krzysiowi aparat fotograficzny i zrobił kilak zdjęć wewnątrz. Intuicja mnie nie omyliła, bo po tym nastąpiło pytanie, ile za to dostanie dinarów, bo trzeba się odwdzięczyć. Mi się narodziło pytanie, czy zakaz wchodzenia do grobowca nie jest wymysłem tego pana, by mógł mieć dodatkowe dochody od turystów.
Po meczecie i grobowcu ruszyliśmy pieszo w kierunku cystern wybudowanych w IX wieku n.e przez dynastie Aghlabid (nie wiem jak to przetłumaczyć na j.polski) , by gromadzić wodę z gór dla miasta. Tu o dziwo nikt nie sprawdzał biletów zaś wokół wypasały się owce.
Dojście do mediny trochę potrwało, bo plątanina tutejszych uliczek kompletnie nie zgadzała się z mapa w przewodniku. Musieliśmy też przejść przez targ warzywny oraz dział metalowy, gdzie sprzedawano gigantyczne garnki. Chciałam kupić dzwoneczek do swojej kolekcji – ale panowie sprzedawcy prezentowali mi mosiężne moździerze i gdy odchodziliśmy to byli zaskoczeni, że nic nie chcemy u nich kupić.
Medina Kairouan jest naprawdę plątaniną uliczek, w których niestety coraz więcej rozwalających się budynków, gdzie powstają automatycznie wysypiska śmieci. Problem w skali całej Tunezji jest naprawdę poważny, bo tylko duże miasta mają wysypiska i zbieranie śmieci z ulic – w małych wioskach i miasteczkach – wszystko leży przy drodze bądź na obrzeżu. Po polach i pustyniach walają się plastikowe butelki i torby. Często w gajach oliwnych w zaoranej ziemi widać plastikowe torby czy też powiewają one na drzewie. Polityka miejscowych to jak 20 lat temu u nas – aby wywalić ze swego podwórka gdzieś – u nas najczęściej do lasów a tu po prostu przy ogrodzeniu. Krótkowzroczność straszna, bo to wszystko potem śmierdzi pod oknem. Segregacja śmieci nie istnieje – stare karoserie samochodów stoją na polu, etc. Gdyby to zobaczył mój Tata to na pewno dostałby drugiego zawału na serce.
Gdy się tak włóczyliśmy wyłowił nas jeden miejscowy – pod pretekstem doprowadzenia do jakiegoś obiektu godnego zwiedzenia – domu gubernatora.
Zaprowadził nas – tylko w tym domu jest teraz sklep z dywanami. Siedziało w nim z 8 czy 10 znudzonych panów, którzy trochę się ożywili na nasz widok i pokazując pomieszczenia próbowali nam sprzedać jakiś dywan. Na szczęście nie byli aż tak namolni. Skoro nic nie kupiliśmy – to jedne z panów zaofiarował się na zaprowadzenie nas do meczetu Trzech Drzwi – dotarliśmy tylko znów obok zapraszał nas do sklepu swego znajomego, by kupić jakiś szal ręcznie robiony. Ostro zaprotestowałam, że nic nie chcemy kupić i chyba poczuł się tym urażony, bo szybko się ulotnił. Męczy nas bardzo to, iż każdy chce nam coś sprzedać i widzą turystę przez pryzmat tego, co mogą mu sprzedać. Trudno wytłumaczyć miejscowym, że zakupy nas nie interesują albo że chcemy być sami.
W samej medinie najważniejszy był Wielki Meczet, gdzie jak zwykle nie mogliśmy wejść z racji bycia innego wyznania. Bardzo to niesprawiedliwe – do kościoła chrześcijańskiego każdy może wejść a do meczetów w Iranie też mi pozwalano – aby mieć tylko zakrytą głowę. Tu często – jeśli to ważny obiekt to trzeba kupić bilet (pieniądze idą do rządu) i wejść jedynie na dziedziniec – do środka zabronione. W Iranie mogłam dotknąć mihrab – a ponoć Iran bardziej restrykcyjny.
Typowe domy często na piętrze mają małe, wystające balkony – to było miejsce dla kobiet, by mogły zobaczyć życie na ulicy. Niestety ale w bogatych rodzinach – one spędzały całe życie w domu a wszystkie zakupy robił mężczyzna. Patrząc z perspektywy – to niewolnictwo i ograniczenie kobiet jedynie do rodzenia i wychowywania dzieci. Od kilku dni głowię się, jak to było ze służbą w domu bogatych ludzi, bo przecież żaden mężczyzna nie mógł mieć kontaktu z żoną innego, zaś z drugiej strony, czy w biedniejszych rodzinach kobiety były oddawane na służbę do bogaczy? Krzyś doszedł do wniosku, że musiała być jakaś grupa tamtejszego społeczeństwa, która nie zakładała swych rodzin a była na utrzymaniu bogatszych tworząc grupę służących.
Dochodziła 18ta – więc musieliśmy zacząć szukać przystanku autobusowego. Jak to z miejscowymi – pytasz się 10 osób i każda co innego mówi. Dotarliśmy ostatecznie do przystanku louage – czyli busików, które ruszają jak zbierze się 8 osób. Powiedziano nam dość wygórowaną cenę (5 dinarów podczas gdy autobus kosztował 3 dinary). Postanowiliśmy więc poszukać przystanku autobusów – jak się okazało, był obok a autobusowi pomachaliśmy, bo odjechał o dziwo o równej 18tej. Jeden z miejscowych panów bardzo nas namawiał, że zawiezie nas swą taksówka – ale nie chcieliśmy nawet pytać o cenę, gdyż gdy tylko otwierał usta czuć było wypite procenty…. a islam przecież zabrania spożycia alkoholu tylko często panowie siedzą i popijają piwo bądź inne mocniejsze trunki.
Wróciliśmy do louage – i pojechaliśmy za te 5 dinarów od osoby. Oczywiście to była cena dla nas, bo miejscowi płacili mniej a pan kierowca rozmawiał z nimi po arabsku. Jechała z nami jedna młoda dziewczyna – nawet znała trochę angielski – i im bliżej Sousse to tym bardziej się ubierała i poprawiała, bo w Kairouan wsiadła bez chusty na głowie a do domu widać musiała wrócić w stanie akceptowalnym przez rodziców.
Dzień zakończyliśmy kolacją w bardzo dobrej restauracji, bo świętowaliśmy bardzo szczególny dzień dla nas – druga rocznica zaręczyn. Choć jedzenie przepyszne – tagine z kuskusem i kurczakiem oraz oija (czytać oża i jest to sos pomidorowy z warzywami i kiełbaskami z baraniny), to cały urok odebrało palenie papierosów przez siedzących obok panów. Na szczęście jeden zauważył, iż macham ręką, żeby odgonić dym, więc zakończyli palenie i przeprosili mnie
Tunis – Kartagina (ndz 2013.11.10)
Stawiliśmy się o 8 rano w kuchni, gdzie jest serwowane śniadanie. Pomieszczenie ogromne a tylko przy jednym ze stołów siedział starszy pan. Przysiedliśmy się do niego – na początku próba rozmowy po francusku.. na szczęście okazało się, że obydwie strony mówią po angielsku. A starszy pan to belgijski ksiądz misjonarz, który 50 lat spędził w Tunezji a od 4 lat jest w Brukseli, bo osiągnął wiek emerytalny. Przyjechał tu, by poprowadzić rekolekcje dla księży pracujących teraz w Tunezji. Byliśmy z Krzysiem pod wrażeniem jego podejścia do życia i wiary – nigdy nie oceniać nikogo, każdy ma wolność a wiara nie może jej ograniczać, wiara ma być Twym wyborem a nie nakazem. Kościół rzymskokatolicki w Tunezji nie jest tępiony czy zakazany ale ma wiele problemów – większość wyznawców jest tu „przejazdem” (Afrykańczycy) bądź chwilowo (kontrakt o pracę na kilka lat), więc ciężko tworzyć wspólnotę. W czasie rozmowy z księdzem Belgiem wyszło, że miał przyjemność dwa razy w życiu być zaproszonym na śniadanie do Jana Pawła II.
Nim się spostrzegliśmy to była już 9.30 i trzeba było ruszać w miasto. Pierwszy punkt – to Muzeum Bardo, gdzie zgodnie z przewodnikiem mieliśmy dotrzeć metrem. Stacja miała być dwie przecznice od naszego noclegu. Dotarliśmy do jakiegoś przystanku tramwajowego o nazwie stacji metro ale w okolicy nie było żadnego zejścia pod ziemię. Stwierdziliśmy, że najwyraźniej przewodnik jest zdezaktualizowany i postanowiliśmy przejść jeszcze jeden przystanek. Jak się okazało tutejsze linie tramwajowe nazywają się…. metro! Kupiliśmy bilety i chcieliśmy przejść przez bramki na przystanek – ale zawrócił nas pan kontroler siedzący sobie na ławce. Jak przystało na stolicę – metro jest, bramki są tylko metro jest linią tramwajową, zaś bramki nie działają tylko bilety kasuje pan. Nam jednak nawet nie kazał pokazywać biletów. Wsiedliśmy w linię 4 i mogliśmy oglądać inne dzielnice Tunisu z okien. Co mnie bardzo uderzyło – panowie ustępują miejsca paniom. Nie było takiej sytuacji, żeby jakiś mężczyzna siedział a kobieta stała. Oczywiście ja też skorzystałam na tym
Arabski porządek – wokół domu pięknie ale już na chodniku sterta śmieci, wszędzie fruwające plastikowe torebki, leżący gruz. Pobocza torów tutejszego tramwaju – przepraszam metra – to doskonałe miejsce na wyspanie gruzu czy wywalanie wszelkich niepotrzebnych rzeczy w domu.
Do Muzeum Bardo bez problemu trafiliśmy, bo miejscowi sami z siebie nas tam kierowali, no bo cóż innego może turysta robić w tej okolicy. Samo muzeum jest chyba jednym z najlepiej strzeżonych – zasieki z drutów kolczastych, czołg przed wejściem plus jeszcze jakiś pojazd oraz kilku znudzonych żołnierzy na krzesłach, podpalających papierosy. Co więcej obok za ogrodzeniem cała jednostka wojskowa.
Muzeum znajduje się częściowo w starym pałacu beja (tak nazywano władców w tym rejonie świata) oraz nowo dobudowanym, gdzie są eksponowane mozaiki. Ich ogrom- naścienne, podłogowe, etc… naprawdę zapiera dech w piersiach.
Sama misterność wykonania i to, że mają po 2 tysiące lat, że zdobiły dawne pałace z okresu Starożytnego Rzymu. Patrząc na realizm i naturalność sztuki z tego okresu aż trudno uwierzyć, że potem nastąpił okres takiego cofnięcia się i tworzenia „bohomazów” a obok na zdjęciu chrzcielnica z pierwszych lat chrześcijaństwa.
Życie pisze zadziwiające scenariusze – nagie rzymskie rzeźby stoją w dawnych pomieszczeniach pałacu beja, którego religia zabrania takiego typu sztuki a do tego przepięknie zdobione ściany a zwłaszcza sufity. Na dodatek to wszystko ma miejsce a kraju, gdzie 98% ludzi wyznaje nadal islam i to w wersji sunnickiej, uchodzącej za tą bardziej radykalną. Oczywiście w muzeum jest wielu chętnych panów pilnowaczy chętnych do dorobienia sobie do pensji. Część sal wystawowych jest zagrodzona – można je obejrzeć za dodatkową opłatą u pana, który pilnuje tej sali. Proceder kwitnie w najlepsze, bo oczywiście najciekawsze eksponaty są pod tym specjalnym „nadzorem” a turystów jest wielu.
Ostatnia mozaika – to Wergiliusz pomiędzy muzami. Została znaleziona kilka lat temu w domu, w którym mieszkał ten poeta, gdyż urodził się właśnie na tych ziemiach.
Po muzeum wróciliśmy do centrum, żeby pojechać koleją TGV do Kartaginy (dzielnica Tunisu). Trochę się nachodziliśmy nim dotarliśmy do stacji, która jest w totalnym remoncie a nikogo nie widać, by roboty posuwały się do przodu. Tunezyjskie TGV to przeciwieństwo wersji francuskiej – rozklekotane wagony, graffiti na zewnątrz, palenie papierosów w środku, dziury w oknach. Przypomina się nasze dawne PKP.
Kartagina to dzielnica willowa – przepiękne i zadbane domy z ogrodami, ambasady, drogie samochody i w miarę czystość i porządek na ulicy, czyli całkowite przeciwieństwo brudu w centrum miasta. Zaczęliśmy wizytę od wzgórza, gdzie są najstarsze fenickie i punickie ruiny – za dużo nie zostało zważywszy, że potem w tym samym miejscu budowali Rzymianie, chrześcijanie kościół a potem jeszcze na początku XXw Francuzi katedrę. O ile przewodnik zapowiadał ją jako „kicz” to dla nas wnętrze było bardzo interesujące – wystrój z kolorystyką i elementami charakterystycznymi dla tego regionu. Uwagę zwraca znajdujący się po prawej stronie piękny marmurowy sarkofag. Są w nim relikwie uznanego za świętego króla Francji Ludwika IX. Zorganizował on za namową swego brata w XIIIw VIII wyprawę krzyżową, którą przeprowadził przez Kartaginę, gdzie umarł. W tym czasie wojska wyprawy krzyżowej budziły przerażenie wśród miejscowych, gdyż żołnierze posiadali zbroje, jakie nie były tu znane. Brat Ludwika IX wynegocjował jod tutejszego władcy 94500kg złota za opuszczenie ziem przez wyprawę krzyżową mimo tego, Francuzom również zależało na jak najszybszym wyjeździe, bo słońce „piekło” metalowe zbroje.
Kolejny punkt – to rzymskie ruiny willi, gdzie pod gołym niebem leżą mozaiki i większość turystów je niszczy. Trochę serce m się krajało jak to widziałam, bo za 2 – 3 pokolenia nie będzie już po czym deptać.
Największe wrażenie zrobiły na nas łaźnie Antoniusza – zostały głównie podziemia, ale makieta z zrekonstruowanym budynkiem pokazuje ogrom tej budowli. Została również jedna z kolumn, która była w holu głównym i patrząc na te pozostałości nasuwa się pytanie – jak tak wysoki budynek zbudowano, jak te kolumny transportowano i stawiano? Ile czasu trwało budowanie a przede wszystkim jak bogate musiało być społeczeństwo w tym okresie czasu, żeby stawiać tak okazałe rzeczy.
Udało się nam jeszcze przed 16tą zdążyć dotrzeć do jednej z rzeczy przewidzianych do zwiedzenia w ramach biletu do kompleksu zabytków Kartaginy – tzw Sanctuary of Tophet. Jest to miejsce, gdzie znajdują się szczątki ok 20 tysięcy dzieci z okresu 4 do 2 wieku pne. Są t głównie dzieci osób z elity, które były składane zaraz po urodzeniu w ofierze dwóm bóstwom kartagińskim, aby wyprosić pomyślność dla całego państwa. Liczba stojących tam stelli i zarysy małych dzieci na nich to dla mnie zarys tragedii rodziców, którzy muszą poświęcić swojego potomka.
Dotarliśmy jeszcze do ruin starego portu, który ma obecnie charakter miejscowego parku a mieszkańcy wypuszczają sobie w nim kury i kozy. Zwierzęta nawet nie zdają sobie sprawy, w jak starym historycznie miejscu zajadają sobie trawę, nie mówiąc o tym, że miejscowe kocury potrafią jeździć na motorze
Myślę, ze zrobiliśmy dziś z dobre 15km piechotą, gdyż zabytki Kartaginy są naprawdę rozciągnięte na ogromnej przestrzeni. No i jeszcze na sam koniec dnia pojechaliśmy do Sidi Bou Said słynącej z białych domków o niebieskich drzwiach i okiennicach. Trochę to namiastka Grecji albo marokańskiej Essoiura. Miasteczko ma naprawdę klimat.
Trafiliśmy do prywatnego domu –muzeum, gdzie można było zobaczyć wystrój tunezyjskiego domu sprzed ok 100 lat. Część domu jest nadal użytkowana przez właścicieli i trochę dostosowana do europejskich standardów ale parter domu to prawdziwy skansen.
Najbardziej podobała się nam „współczesna” kuchnia – gdzie były kremowe szafki a w środku drzwiczek zamiast szyb niebieskie kafelki.
Dotarliśmy do Tunisu ok 20tej wstępując po drodze do kafejki internetowej, do której na dodatek musieliśmy wracać, bo zostawiliśmy w niej przewodnik, bez którego dalsza podróż byłaby ciężka. Ze zmęczenia nie chciało się nam już nawet jeść i co więcej – za oknem padało.
Dzisiejszy dzień można podsumować kilkoma zdjęciami, które pokazują jak funkcjonują Arabowie – że robią wiele rzeczy bez większej koncepcji i ważne, że zrobione ale już nie jak to wykonane.
Dodatkowo spodobały się nam jeszcze dwie rzeczy, które nas Polaków mogą bawić ze względów językowych.
Znalezlismy też idealny hotel w Tunisie dla matematyków i fanów arkuszy kalkulacyjnych w excellu:
Tunis – pierwsze wrażenia (sb 2013.11.09)
Wylądowaliśmy z 10 minutowym opóźnieniem – ale przywitało nas słońce i temperatura ok 20C. Jak przystało na kraj arabski – na bagaże trochę trzeba było poczekać. Pierwsze obserwacje – stroje kobiece. Niektóre panie totalnie po europejski z dekoltem, inne w chustce na głowie ale reszta europejska ale można spotkać również wersje ortodoksyjna – czyli czador na głowie. Innymi słowy – mój ubiór wpisywał się w tutejszy kanon – czyli jeansy + T-shirt. Krzyś zwrócił uwagę, że panowie stoją i pala papierosa zaś bagaż z pasa zdejmują i ładują na wózek panie.
Co do panów – trafiliśmy na jednego przypominającego bardzo Kadafiego, który po francusku poprosił o ogień. Krzyś prosił o nadmienienie, że wszystkie panie szukające zainteresowania u Tunezyjczyków winny mieć zapalniczkę, która może pomóc zawrzeć znajomość z miejscowym panem, który na 99% będzie nałogowym palaczem.
Przez cło przeszliśmy bez problemu – bardziej są kontrolowani miejscowi, co wwożą no a potem nastąpiła walka taksówkarzy o nas. To trochę tak, jaki dobre 10-20 lat temu na naszym Okęciu. Postrzeganie obcokrajowca, jako osoby, którą można naciągać, bo skoro przyjechał to jest bogaty a ja jestem tu biedny. Szybko poszukaliśmy jakiegoś miejscowego siedzącego w okienku, by dowiedzieć się ile może przejazd kosztować. Okazało się, ze nie 40 czy 30 dinarów tylko maksymalnie 15. Nim doszliśmy do postoju taxi – znów nagabywanie we wszystkich możliwych językach – francuski, angielski, niemiecki hiszpański, rosyjski…. ale jakoś zero polskiego
Na postoju – pan zgodził się za 15 dinarów ale koniecznie chciał doliczyć 5 dinarów za bagaż – oczywiście po tym jak już siedzieliśmy i ruszyliśmy. Poprosiłam, by się zatrzymał, bo my wysiadamy, gdyż to nie ta cena. Ostatecznie dojechaliśmy – i tak jak przewidywałam nie miał wydać reszty, więc kosztowało nas to 17 dinarów.
Tunis widziany z okna taksówki to prostokątne domy – takie jak w Maroku czy też Egipcie. W wielu przypadkach stan zaczęte i nieskończonej budowy. Przeważają białe budynki z niebieskimi oknami i drzwiami. Niektóre mają piękne zdobienia wokół drzwi wejściowych.
Gdy wjechaliśmy w jedną z główny ulic to się okazało, że cały środek jest zamknięty drutami kolczastymi oraz stoją wojskowe pojazdy. Tak samo obok hotelu Hana international, gdzie znajduje się dom diecezjalny prowadzonym przez siostry zakonne z Argentyny (mogłam wykorzystać mój hiszpański!!!), w którym mieszkamy. Trochę się nachodziliśmy nim go znaleźliśmy, bo to ślepa uliczka a źle wysiedliśmy z taksówki.
Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy w miasto, żeby poczuć miasto. Mieszkamy dosłownie 300m od mediny, która stała się naszym celem, bo jest na niej kilka zabytków. Krzyś powoli próbuje się odnaleźć w miejscowym bałaganie:
- śmieci na każdym kroku i trzeba uważać, by w coś nie wdepnąć
- przechodzenie przez jezdnię jest możliwe wszędzie, gdzie się chce
- samochody parkują na chodnikach – piesi muszą więc iść ulicą
- ciągłe klaksony – no bo tu nikt nie zważa na znaki drogowe czy światła uliczna – główna komunikacja to lewa ręka kierowcy wystawiona przez okno oraz klakson.
Dla mnie to już znany chaos i wiem jak go ogarnąć:-)
Namolność miejscowych handlarzy wprowadza w osłupienie – każdy chce coś sprzedać i uważa, że musimy to kupić. Czasami mam wrażenie, że oni lepiej wiedzą, co my chcemy. Problem w tym, że nie mamy potrzeb – chcemy po prostu dojść w jakieś miejsce. Zapytanie o cenę oznacza, że jest się zainteresowanym i potem dalsze pójście bez kupienia tej rzeczy jest obrazą dla sprzedającego.
Jak przystało na arabski targ – mnóstwo rupieci o słabej jakości ale ważne, że świecących i kolorowych; wiele drobnych zakładów, gdzie na miejscu produkuje się i od razu sprzedaje. Ale przerażające to, jak dużo rzeczy z Chin – tekstylia, buty, torebki, etc…. W długim okresie czasu te towary wyprą małych producentów i wszystkie jednoosobowe zakłady. Mój Mąż zauważył, że Tunezja stoi teraz w punkcie jak my w 1989r. Mieli rewolucję w 2011r jako protest przeciwko dyktaturze Ben Aliego ( a ten zrobił wcześniej przewrót by wyprzeć Burgibę, który laicyzował Tunezję) a teraz wszystko stoi w martwym punkcie i nie wiadomo, czy mają iść w kierunku totalnego państwa islamskiego, czy ma być demokracja. Trzy lata temu protestowali młodzi (to blisko 50% społeczeństwa Tunezji , która ma ok 11mln mieszkańców), bo nie mogą znaleźć pracy. Udało się obalić dyktatora – a teraz zaczęła się dyskusja, czy nie utworzyć państwa islamskiego.
Ale wracając do tego, co zobaczyliśmy – to przykleił się do nas jeden miejscowy pan, który chyba był po lekkim spożyciu alkoholu i koniecznie uparł się, że zaprowadzi nas do wielkiego meczetu. Ale tak jak się spodziewałam – nim tam doszliśmy to zaliczyliśmy sklep z dywanami – pod pretekstem widoków z dachu tego domu – rzeczywiście były piękne ale niestety dywanów nie kupiliśmy. Potem chcieliśmy jakoś odprawić pana, więc powiedzieliśmy, że chcemy jeść. Na nasze nieszczęście – zaprowadził nas do swego znajomego z miejscowego „fast fooda” . Dostaliśmy rybe oraz kruczaka z zestawem chyba 4 różnych przystawek oraz oczywiście bagietki (zaistniały zapewne dzięki Francuzom) Po zjedzeniu udało się nam rozstać z nim przy Wielkim Meczecie, ale musieliśmy za to mu niestety zapłacić. Do meczetu jednak nie weszliśmy, bo jest dostępny dla „nie muzułmanów” w godzinach 8-12.
Brak odprawionego pana miał jednak minus – znów staliśmy się celem miejscowych handlarzy, którzy próbowali nam wcisnąć nawet miejscowe buty, w których jednak trudno byłoby wyjść na nasze ulice.
O 18.30 stawiliśmy się w miejscowej katerze na Mszy Św. Zdumiało nas bardzo, że oprócz 3 księży i sióstr zakonnych było może jeszcze 10 osób o białej karnacji – reszta to czarni Afrykańczycy. Na Mszy Św było maksymalnie 40 osób. Wszystko było po francusku, więc czułam się tak , jak za czasów gdy wszędzie nabożeństwa były po łacinie.
Ponieważ wstaliśmy dziś o 4.30 i wykańczająca była namolność miejscowych sprzedawców to postanowiliśmy wrócić do naszego pokoju w domu diecezjalnym. Mimo odgłosów kapania w rurze znajdującej się pod sufitem nad naszym łóżkiem usnęliśmy w trybie ekspresowym.
sobota, 16 listopada 2013
Australia - ostatni tydzień
Obiecuje uzupełnić jeszcze jeden tydzien pobytu naszego w Australii w jakimś wolnym momencie.
czwartek, 6 grudnia 2012
Alice Springs - Kiama sb 17.11.2012
Pobudka wcześnie rano, by spakować wszystkie nasze graty na samolot. Sniadanie niestety ale trzeba było zrobić sobie samemu z rzecyz, które były zostawione w kuchni. Zalapalam się na ostatnei 3 jajka, wiec była jajecznica. Nareszcie od dluzszego czasu cos innego niż kanapki. Były również i tosty. Może jak tak dalej pojdzie to się do nich przyzwyczaimy i trzeba będzie w Polsce kupic toster:-)
Mielismy czas do 11tej, bo samolot jest 12.40. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć rzecz dla nas najwazniejsza – Zwrotnik Koziorozca, bo obydwoje jesteśmy spod tego znaku zodiaku. Od Alice Springs jest to może gora 30km.
Jest on bardzo dobrze oznaczony oraz dodatkowo uamietnione, kto zasponsorowal taki „pomnik” zwrotnika. A na parkingu obok – dwa samochdoyz backpacker’sami, którzy tu nocowali. Na ogrodzeniu zas suszace się pranie. Bardzo klimatycznie:-)
Wyprawa do naszego zwrotnika nie trwala tak długo jak myslelismy, wiec mogliśmy pojechać do tzw Emily Gap, które jest po drugiej stronie Alice Springs. Tu znajduje się taka mala jaskinia z malowidłami Aborygenow.
Zgodnie z tablica informacyjna rysunki przedstawiają, ze jakiś ich bohater upolowal 3 dzydzownice, upiekl je i zjadł. Malowidlo ejst wiec raczje symboliczne. Ciekawostka – farby powstawaly ze zmieszanych barwnikow z tłuszczem zwierzęcym.
Teraz pojechalsimy jzu bezpośrednio na lotnisko, bo musimy jeszcze zdac samochod. W punkcie Hertza nie było nikogo – jedynie zostawiony na ladzie aparat telefoniczny oraz obok informacja, do kogo dzownic na komorke. Wiekszosc Polakow wykonalaby wtedy chyba wszystkie rozmowy zagraniczne poki nikt tego nie widzi. Wykrecilsimy podany numer, by się upewnić, gdzie mamy zostawić samochod. Okazalo się, ze na parkingu a kluczyki wrzucić do pudelka. Pelne zaufanie do Klienta choć z drugiej storny maja 80AUD w depozycie na wypadek zdeomolowania samochodu przez osobe wynajmujaca.
Wszystko sprawnie zalatwilismy a przy zdawaniu bagażu – nawet nikt nie sprawdzil naszych paszportow. Wsytarczylo podac imie i nazwisko. Co wiecej – można na pokald wejsc z woda zakupiona poza lotniskiem a w Europie wszystko trzeba wypic bądź wyrzucić i kupować kolejna wode (dwa razy drozsza) w strefie bezclowej.
Natrafilam tez na wycieczke aborygeńskich dzieci, która spotkaliśmy w Sydney w czasie lunchu z Malwina. Alez swiat maly.
W czasie lotu probowalam nadrobić zaleglosci w blogu pisząc ostatnie dni w wordzie i przebierając zdjęcia do opublikowania. Maz oddal się lekturze książki oraz robieniu zdjęć, bo siedział przy oknie. Byslimy w Sydney ok 17tej. Zaczelsimy od Hertza, gdzie mielismy zamówiony samochod. Tym razem jednak Toyota Yaris, wiec maly bagażnik, w którym miesci się jedynie mój plecak. Probowalismy zglosci tez kolejne zarysowania ale pani obslugujaca je zakwestionowala mowiac, ze to sa sbyt male, by były wskazywane. Mamy nadzieje, ze jak wrócimy to nie dostaniemy zadnego maila z informacja, ze nam dopisują szkody jakies.
Postanowilismy dziś jak najdalej odjechać z Sydney i zmierzać w kierunku Melbourne. Po drodze zawitalsimy do supermarketu. Nocujemy ciagle w miejscach, gdzie jest kuchnia, wiec możemy sami sobie gotowac obiadokolacje. Po raz kolejny przerażenie mnie ogarnelo – same chleby tostowe i nie można znaleźć nawet normalnej bagietki czy kajzerki. Nabieram coraz większego tostowstretu. Wybor innych towarów jest oszalamiajacy – sama liczba roznych odmiand ryzu czy tez polproduktow i konserw do kuchni tajskiej. To wszystko efekt bardzo zróżnicowanego społeczeństwa, które ma korzenie z roznych państw i rozne typy kuchni. Nie rozumiem tylko czmeu ejst tu tak dużo serow zoltych oraz dzemow z Niemiec. Dodatkowo na etykietach jest informacja w jakim % jest on z australijskich produktów oraz pozostalcyh importowanych. W przypadku warzyw i owcow – informacja z którego stanu Australii bądź której części swiata sa one. Produkty roślinne przechodzą tu kwarantannę nawet jak sa przewozone pomiędzy stanami. Nawet pojedyncza osoba jest zobligowana przy przekraczaniu granic stanowych pozbyć się na nich owocow do specjalnie ustawionych smietnikow. Absurdlane czy po prostu stan jakiejs psychozy?
Ok 20tej zaczelismy szukac noclegu ale niestety wszędzie nie było miejsc. Przy 3 miejscowosci byliśmy już powoli zaniepokojeni – bo na 10 obdzownionych miejsc noclegowych – nikt nie miał nic wolnego. Uzmyslowilsimy sobie, ze to przecież weekend, wiec Sydney wyjechalo do pobliskich miejscowosci nadmorskich. Mielismy już przed sobą wizje spania w samochodzie obok latarnii morskiej – co zapewne grozilo nam madatem, bo to nie miejsce przeznaczone do czegos takiego. Przy okazji odkrylsimy tutjeszy fenomen – napis hotel nie zawsze oznacza tu miejsce do spania. Jest to często obejście, by moc sprzedawac alkohol. Z reguly wiec sa to odpowiedniki naszych pubow, które dziś były pelne po przegi ludzi.
W jednymz takich „hotel” była mila pani kelnerka – dala nam ksiazke adresowa i pomagala znaleźć nocleg. Neistety tu tez wszystko było zajęte.
Ostatecznie GPS wskazal nam kemping i o dziwo o 22.30 ktos jeszcze tam był. To chyba była mala zemsta namiotu i karmiat, które chciały być wykorzystane i mieć swoje 5 min. O 23ciej byliśmy juz w namiocie i mogliśmy spac.
Kings Canyon – Alice Springs pt 16.11.2012
Pobudka rano – by jak najwcześniej zacząć wspinaczke w Kins Canyon. Pani w recepcji uczulala, ze to bardzo trudna trasa – najgorszy jest poaczatek, gdzie sa schody.
Dla nas to był po prostu spacer. Az strach pomyslec, jakei przerażenie ogarneloby Australijczyka, gdy musiałby wejść na Giewont, gdzie jest odcinek po lancuchach. Tu pierwszy etap – rzeczywiście schody ale to sa kamienia posklejane betonem i idzie się bardzo bezpiecznie. Trasa była cala na 4h – my zrobiliśmy ja o cala 1h szybciej. Byloby może i krócej, gdyby nie zamilowanie Meza do fotografowania:-)
Weszlismy na sama gore kanionu i trzeba było ja obejść – schodząc drugim jego zboczem. Troche jak na patelni bylo – na szczęście niebo dziś zachmurzone i temperatura ok 36C. Momentami było bardzo spadziście i nie nalezalo podchodzić do krawędzi – grozilo bowiem spadkiem w przepasc. Mimo wszystko zycie w takim kanionie się toczy – jest dużo drzew (niestety nie rosna takie duże – krzew wielkości sporego bzu rosnie az…. 400lat!!!), niestety trzeba uwazac na ziemie.
Nam się udało spotkać jaszczurke – kolorem bardzo się wkomponowywala w rudo-czerwone glazy kanionu. Wszedzie również był spiew ptakow tylko niestety turyści potrafią go często zagluszyc. Najgorsze jednak same muchy – wszędzie i co gorsze – najchętniej weszlyby do oczu. Mozna się namachac rekami a one i tak niewzruszenie siedza i nic sobie z tego nie robia. Zaczelam się zastanawiać, czy muchy tu były zawsze, czy tez jest to kolejny prezent „białych osadnikow”. Obstaje raczej przy tym drugim. Choc pszczoly musiały tu byc i wcześniej, wiec może i muchy tez? Trzeba będzie to koniecznie sprawdzić. Widze, ze rosnie mi liczba pytan i problemów, które trzeba będzie zweryfikować.
Byliśmy ok 9.30 znow w naszym hotelu – jedynie po to, by zatankować oraz wziąć prysznic. Spocilismy się bowiem trochę w tym sloncu a przed nami jeszcze dziś droga az do Alice Springs.
Po drodze znwo zatrzymaliśmy się w Erldunda – znow rodzinna „zagroda” po srodku pustyni. Tu jednak chyba jest bardziej turystycznie, bo stacja benzynowa pod dachem a nie jedynie dwa dystrybutory na otwartej przestrzeni. Jest tez bar fast food’owy oraz restaruacja, w której znajdowala się bardzo ciekawa informacja
Co wiecej – sami widzieliśmy osobe keirujace, które zakupują piwo i jada dalej. Natknelismy się tez tu na 8-osobowe wycieczke z Rosji. Krzys podejrzewa, ze jedna z pan jest bita przez meza, bo maila strasznie poobijana twarz. Moim zdaniem – miała wypadek i teraz wszystko się jej goi. My kupiliśmy jedynei frytki, aby cokolwiek przegryzc, bo przy takich upałach jesc się bardzo nie chce a jedynie rozsadek nakazuje. A i Maz oczywiście kawe, która okresilabym jako cukier z kawa:-)
Poobserwowalismy tez miejscowych. Jak zwykle potrafią wyjść na bosaka z samochodu i pojsc tak do sklepu. Na stacje podjechal tez jedne samochod, który chyba nie miał klimatyzacji, wiec pasazerowie wystawili sobie nogi na zawnatrz przez okno. Totalna beztroska. Poza tym akcent pracujących tu osob jest inny niż do tej spory słyszeliśmy i trzeba się bardzo wsluchiwac w to, co mowia. Zaczelam się zastanawiać jak dzieci z takich odludzi chodza do szkoły. Krzys jak zwykle na wszystko miał odpowiedz – nauka radiowa a teraz pewnie online przez internet. No tylko, czy tu jest dostep do internetu? – nie sprawdziliśmy tego. I gdzie potem te dzieci jak dorosną poznają swoje drugie polowki?
Dotarlismy wreszcie do Alice Springs. Pierwsze wrazenie – czy to była jakas wojna? Duzo budynkow bowiem ma ogormne ogrodzenia i często z takiej pofałdowanej blachy. Wszedzie sucho – nawet biegnaca przez srodek miasta rzeka jest wyschnieta. Przy drzewach często stoja baniaki z woda, by zasilac drzewa a ja początkowo myslalam, ze to smietnki:-)
Zaczelismy od znalezenia lokum do spania. Podjechalsimy do jednego hsotelu – ale tam było spanie w przyczepie kempingowej i ze slaba klimatyzacja. Podjechalsimy do motelu, który wskazywala nam nawigacja. I tu było lepiej – udało się nam nawet wytargować cene, mieć darmowy dostep do internetu oraz jutro sniadanie w cenie noclegu. Mamy tez kuchnie – ale przy tym upale naprawde nie chce się za bardzo jesc zwłaszcza cieple rzeczy. Milismy naprawde szczęście – to był ostatni wolny pokoj. Okazalo się również, ze pan wlasciciel jest Hindusem ale urodzil się w Nowej Zelandii. Ma jednak nadal rodzine w Indiach i często tam jeździ – wiec mielismy wspólny temat do rozmowy i podstawe do negocjacji ceny:-)
Rozpakowalismy się i ruszyliśmy w miasto. Najpierw supermarket i zakupy, gdzie można było kupic konsery pdo marka Spam, co się bardzo spodobalo Krzysiowi. W sklepie widać jzu sezon przedswiateczny – zielone lancuchy, czerwone bombki i Mikolaj na saniach, a na zewnątrz przecież upal. Taki dysonans, do którego jest mi ciężko się przyzwyczaić, bo nie ma sniegu a Swiety Mikolaj jest, wiec jak przyjechal skoro ma sanie??:-) Przeszlismy tez kolo poczty – gdzie w zyciu nie widziałam tylko skrzynek poste restante.
Na ulicach kreci się tez dużo Aborygenow – w większości sa otyli (zapewne dużo jedza a mało pracują). Mieszkaja w budynkach komunalnych, które wybudowalo państwo australijskie. Musze powiedzieć, ze komfort naprawde jest niezły, bo jest nawet klimatyzacja i wszytsko wygląda na nowozbudowane. Jak dojezdzalismy do centrum to widać było, ze w niektórych dzielnicach sa wręcz oznaczone osiedla aborygeńskie. Samo Alice Springs sprawia wrazenie, ze biali odgradzają się od Aborygenow, bo się ich boja a z drugiej strony, nie mogą ich stad wyrzucić. Strach wynika z tego,z e oni strasznie pija, cpaja narkotyki i potem sa nieobliczalni. Potrafia ponoc zdemolować z zewnątrz czyjs dom bądź chcieć się pobic z kims. Musi cos w tym być, bo bardzo czeszto jeźdza po ulicach samochody policyjne.
Nam bardzo podobaly się malunki na starcyh zniszczonych budynkach. Dzieki nim miasto wygląda bardziej kolorowo a brzydkie i szkaradne budynki – zakryte. To graffiti jest celowo robione i zawsze opowiada jakas historie – nie sa to jakies „mazgroly” nastolatkow jak to często jest w Polsce.
Trudno było zrobić zdjęciem Aborygenom. Krzys nie miał smialosci. Rozumiem to doskonale – bo to jakby ktoś chciał zrobić zdjecie mi, gdy stoje pod rotunda w W-wie. Slonce jzu zachodizlo, wiec wrocilsimy do hotelu, zwazywszy ze po 19tej jest zamykana brama i trzeba wklepywać jakies kod
Uluru –Kings Canyon czw 15.11.2012
Wczorajsze przebywanie w sloncu troche dalo nam w kosc – ale najwazniejsze, ze nie potrzebuje tak bardzo lazienki, wiec mozemy dalej zwiedzac. Rano zaczepil nas w pokoju nasz dziwny Chinczyk – zachciało mu się trochę opowiedzieć o sobie. Rozmowa utwierdzila mnie w przekonaniu, ze jednak cos z nim nie jest tak albo raczej to kwestia, ze chyba jesteśmy z dwóch roznych swiatow i innych pokoleń. Spakowalismy nasze plecaki i poszlismy zrobić sobie sniadanie na dworzu obok kuchni hostelowej. I okazało się, ze pryz stoliku obok siedza Polacy – malzenstwo z kilkunastomiesieczna corka Jagoda z Bielsko Białej. Podziwiam ich – bo spia pod namiotem, gdyż obsluga hotelu nei zgodzila się na umieszczenie ich w wieloosbowym pokoju a za dwojke nie chcieli placic az takiej astronomicznej kwoty. Jak przystalo na rodakow – dużo narzekania zwłaszcza na Uluru i tutjesze ceny. No dużo w tym prawdy jest.
Jeszcze przed 10ta rano siedzieliśmy w samochodzie i jechaliśmy do Olgas – czyli po aborygensku Kata Tjuta. To jest kolejny kompleks skal znajdujących się na pustyni.
W drodze napotkala nas mala burza piaskowa – trudno było zobaczyć niebieskie niebo poprzez wszędzie znajdujący się rudy piasek. Kierowal Krzys, którego podziwiam za odnajdywanie się w każdych warunkach atmosferycznych i temperaturowych.
Z daleka Kata Tjuta jest również imponujaca i trzeba pamietac, ze temperatura dziś siegala powyzje 40C, wiec niektóre szlaki sa otwarte tylko do 11tej rano i dopóki temperaturya nei siega wiecje niż 36C. My byliśmy zbyt pozno, by zrobić Doline Wiatrow, wiec zrobilsimy jakiś pośredni. Dobrze, ze miałam czapke, bo było naprawde nie do wytrzymania. Wykazalam się tez mala roztropnoscia – wybrałam się w klapkach, bo sadzilam, ze trasa będzie wylozonym chodnikiem jak było to w Uluru. Niestety tu trzeba brac absolutnie adidasy albo inne buty sportowe.
Mi się tez bardziej podobalo Kata Tjuta – bo, nie jest to jedna skala tylko grupa kilku skla i można wejść pomiędzy nie. Jak zwykle wokół cale tlumy turystow i nie sposób choć 5 min być samemu na szlaku albo zrobić zdjecie, bez udziału innych turystow w nim.
Ruszylismy dalej – i caly czas widzielsimy tylko daleko beignaca droge, rudawo-czerwony piasek oraz jakies male krzaczki roslinnosci. Samochod mijaliśmy średnio jeden na 30 min.
Przy drodze zas znaki drogwe, których raczej w Polsce nie spotkamy: uwaga wielbłąd czy tez uwaga kangury – często dotyczące obszaru po 5km czy 10km.
Po ok 80km dotarliśmy do Curtin Springs – to pierwszy jakikolwiek dom od Uluru!. Jest tu tez motel, stacja benzynowa oraz restauracja. Zatankowalismy i trochę pokręciliśmy się po tej zagrodzie (nie wiem bowiem, jak to nazwac). Calosc ma wiecej nzi 1mln akrów pierwszy osadnik nazwal swoja siedzibę Stalin Springs z racji swych socjalistycznych pogladow ale sotatecznie zmienil na Curtin (nazwiskojakiegos australijskiego polityka). Podziwiam, ze z jakies 100 lat temu, tkors na takim pustkowiu zlaozyl sobie farme bydla. Co wiecej – zyla tu cala rodzina. Taki dom musial być w zupelnosci samowystarczalny, bo do najbliższego sąsiada było pewnie ze 100km. Po prostu kolejny dowod na to, jak specyficzni ludzie przyjezdzali do Australii, wiec wspolczesni po kims te geny przecież maja i dlatego sa takimi indywidualnościami.
Odleglosci do najbliższy miejscowości – a raczej osad z 1 gospodarstwem sa drastyczne i trzeba mieć zapas benzyny oraz wody, by nie ugrzeznac na jakims pustkowiu, bo dojście po paliwo może zabrać z 2 dni.
W naszym przypadku – to 132km – zgodnie z znakiem przy drodze. I naprawde nie ma sensu zastanawiać się nad cenami benzyny – choć jest o dorby 1 AUD drozsza niż w dyzych aglomeracjach, tylko zawsze mieć min pol baku i nie schodzić poniżej.
Na tym odcinku nic nie spotkaliśmy orpocz jakichś zabitych kangurow na poboczu, wielu porzuconych popsutych opon samochodowych oraz kilku samochodow. Bylko 42C na zewnątrz – tak wskazywal samochod – wiec nawet nie chciało się nam zatrzymywać na jakims parkingu, by rozprostować nogi.
Kings Creek, gdzie ostatecznie dotarliśmy – to bardoz ciekawa historia. Malzenstwo osiedlilo się na pustyni w latach 80tych i można powiedzieć, ze pierwsze lata to jak dawni osadnicy – mieszkanie w namiocie, bez bieżącej wody i elektryczności. Wychowali 2 dzieci. W dostępnej informacji o tym miejscu obydwoje szszycili się aborygeńskimi korzeniami. Zastanawiam się jedynie na ile jest to chwyt reklamowy a na ile w rzeczywistości sa dumnie z tego, ze może w 20% posiadaja krew Aborygenow. Na zdjęciu – jakso nie było widać rysow charakterystycznych dla człowieka aborygeńskiego. Prowadza farme wielbladow ale obecnei chyba bardziej zyja z tego, ze turyści zatrzymują się po drodze do Kings Canyon, by cos zjeść i odpocząć bądź przenocować. Jest tez kilka osob zatrudnionych – glownie skośnookie panie na kuchni. Wlasciciele założyli tez fundacje, która zbiera pieniądze, by dzieci z okolicznych wiosek Aborygenow wysylac do szkoły do Adelaide. Jestm bowiem problem z ludnoscia miejscowa – nie czuja potrzeby edukacji, tylko zyja w zamkniętych swych wioskach. Trudno mi samej się opowiedzieć, czy to jest dobre czy zle? W długim okresie czasu może wszyscy Aborygeni zaczna uciekać do miasta i totalnie zatracac swa tozsamosc. Z drugiej strony jednak – edukacja pozwoli im wlaczyc o swoje prawa, by po raz kolejny „biali” nie wykorzystali ich. Tak jak to w zyciu jest – prawda po srodku.
Zjdelismy tu tez cos na cieplo. Wyszly nam najdroższe hamburgery w Australii – po 15 AUD za sztuke!
Jadac z Kings Creek dalej – natknelismy się na cale stado dzikich koni. Po prostu przeszly sobie przez nasza pusta droge. Wcale nie były wychudle a wręcz w doskonalej formie i maily pieknia lsniaca sierść. Wcale nie baly się aparatu i mogliśmy je uwiecznić.
Dojezdzajac do Kings Canyon zaczyna się pasmo gor George Gill – po prostu zaczyan się robic ciut bardziej zielono i na widnokręgu bardzo długie i plaskie góry.
W Kings Canyon znow monopol rzadowy – czyli jeden ośrodek z pokojami od apartamentow po pokoje wieloosobowe. Rozpietosci cenowe – astronomiczne. Dostalismy pokoj 5 osobowy – czyli 3 lozka pojedyncze i loze malzenskie, które zajelismy. Dopisalo nam szczęście, bo nikt inny nie został nam dokwaterowany, wiec mielismy calosc dla siebie. Była lodowka ale po tym upale w drodze nie za wiele rzeczy nadawalo się do wstawienia. Maslo było w formie płynnej jak i czekolda, która na szczęście dalo rade schlodzic. Krzys najbardziej był zadowolony z posiadaengo w lodowce pokojowej mleka. Czasami smieje się, ze jest mlekopijca oraz cukrozerca. Niestety w naszym mega ogormny pokoju nie dzialala klimatyzacja i musieliśmy wrocic na recepcje. Pani obiecala przyslac nam pana zlota raczke do naprawy. I rzeczywiście po gora 15min pojawil się u nas typowy Australijczyk. Akcent miał „z buszu” – jak to okresil Maz. Szybko nam naprawil – po prostu trzeba było odsunąć odpowiednio nawiew i cos zrobić na zewnątrz. Nie wypuscilsimy go jednak szybko, bo z checia odpowiadal na nasze pytania. Widziane przez nas konie – sa rzeczywiście dzikie i jest ich wiele w buszu. Kiedys uciekly człowiekowi białemu i teraz zyja sobie na wolności. Był tez bardzo dyplomatyczny w kwestii Aborygenow. Z jednej strony wszyscy placa na ich utrzymanie, bo rząd im buduje domy, daje samochody w ramach zadośćuczynienia za przeszlosc. Ponieważ nie zapracowali na to własnymi silami, to nie szanują tego. Stad wiele porzuconych wrakow na bezdrożach. On sam był dwa razy w przeciągu ostatnich 2 lat w wiosce Aborygenow – tylko i wyłącznie dlatego,ze został zaproszony przez osobe z niej. Normalnie – by pojechać do takiej wioski, to trzeba mieć pozwolenie rzadowe. Wyjatek to wlasnie jak zaprasza Aborygen. Jak oni zyja? Maja to samo jak w każdym miasteczku „białych” – domy. Czasy zycia w buszu już się skonczyly. Ponoc ostatnia para zyjaca w ten sposób „osiedlila się” w latach 70tych.
Rzad naprawde ma problem z Aborygenami – dużo im daja a oni nic nie robia. Caly czas jest to forma „wynagradzania” za przeszlosc. Sama nie wiem, co zrobić, by wyjść z tej sytuacji tak patowej.
A na koniec dnia – znow Krzys był na recepcji – zatrzasnal klucze wejściowe do pokoju a poszedł kapac się z samochodwymi:-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
